Zimowy Ultramaraton Karkonoski im. Tomasza Kowalskiego


5-tego marca 2013 roku miało miejsce pierwsze zimowe wejście na Broad Peak (8047m n.p.m.), podczas którego sukces mieszał się z dramatem. Po ataku szczytowym do bazy wróciła tylko dwójka spośród czterech, polskich himalaistów. Na zawsze wśród lodu i chmur został Maciej Barbeka oraz Tomasz Kowalski. Tomasz oprócz wspinania pasjonował się rajdami przygodowymi oraz ultramaratonami. Po jego śmierci, rodzina i przyjaciele uczcili pamięć o Tomku organizując co roku na początku marca ultramaraton prowadzący grzbietem Karkonoszy. W tym roku odbyła się piąta edycja imprezy a udział w niej wziął nasz zaprawiony w bojach ultras - Dariusz Berg.



Dariusz Berg:

 

Prolog

   ZUK mignął mi kiedyś przed oczami już podczas ogłaszania pierwszej edycji. Miałem wtedy na swoim koncie starty w letniej edycji a opis tego co będzie czekało na uczestników zimowego ultramaratonu sprawił, że ziarenko ekscytacji zostało zasiane w mojej głowie. Tak już mam, że jak coś sobie ubzduram to dążę do tego by to zrealizować. Pierwotnie jednakże sądziłem, że jestem niedostatecznie przygotowany to takiego wydarzenia a lista sprzętu obowiązkowego wymuszała w moim przypadku zakup praktycznie wszystkiego. Ostatecznie na imprezę się nie zapisałem. I na pewien czas niejako o niej zapomniałem.

   Od tamtego czasu upłynęło kilka lat a ja pozostałem w środowisku biegów ultra i siłą rzeczy skompletowałem cały sprzęt niezbędny do różnego typu górskich biegów. W ciągu ostatniego roku naczytałem się książek o tematyce wysokogórskiej. Ostatnią pochłoniętą pozycją było "Spod zamarzniętych powiek" Adama Bieleckiego gdzie autor obszernie przedstawił swoje stanowisko wobec pamiętnych wydarzeń na Broad Peak. I tak wróciła pamięć o Tomku Kowalskim a wraz z nią temat ZUK-a. Pod koniec 2017 roku ruszyła narodowa wyprawa na K2, którą pilnie śledziłem i nakręcony tą całą otoczką nawet nie zastanawiałem się przez chwilę kiedy ruszyły zapisy na tegoroczną edycję memoriału Tomka. Impreza ma dopiero piątą odsłonę a już dorobiła się miana kultowej a nawet mistycznej. Świadczą o tym nie tylko relacje uczestników lecz  także liczba chętnych do startu. Na listę startową trudniej się dostać niż na niejeden kierunek bardziej obleganych studiów. Szczęśliwie udało mi się w końcu na nią trafić i klamka co do udziału zapadła nieodwracalnie.

 

 

Rozdział 1 - Base Camp

   Po wielu perypetiach motoryzacyjnych dotarłem do Karpacza 9-tego marca w godzinach wieczornych będąc wrogiem numer jeden dla kierowców samochodów ciężarowych. Powrót do domu własnym środkiem lokomocji stanął pod dużym znakiem zapytania jednakże nie były to chwile by sobie tym zaprzątać głowę. Po rozpakowaniu się pomaszerowałem do biura zawodów odebrać pakiet gdzie spotkałem Piotrka Oleszaka (wielka piątka dla Ciebie za wszystko!). Nie mogło obyć się bez pamiątkowego zdjęcia. Swój mentalny support miałem tym samym zaklepany gdyż jak wiadomo nawet kilka słów na szlaku z dala od domu potrafi dać kopa do dalszego napierania. Pogadaliśmy chwilę po czym Piotr wrócił do swoich foto-obowiązków a ja załapałem się na końcówkę relacji Hercoga z biegów w Patagonii oraz Kilimandżaro. Potem wystąpił Krzysztof Gajdziński omawiając najnowszy projekt na arenie rodzimych biegów ultradystansowych - Ultra Cup Poland. Następnie na scenie pojawiły się Agnieszka Korpal i Ania Kautz czyli organizatorki ZUK-a. Towarzyszyli im chłopacy z szeroko pojętego NBR oraz dyrektor Parku Narodowego. Przedstawili warunki na trasie, podkreślili nieprzewidywalność Karkonoszy o tej porze roku oraz zwrócili uwagę na kluczowe punkty regulaminu. Zapewnili o tym, że nie mamy co się sugerować słoneczną aurą bieżącego dnia gdyż jutro od samego rana możemy spodziewać się mgły i marznącej mżawki. Cudownie... Po odprawie mogliśmy powspominać Tomasza Kowalskiego, który za sprawą orgów, rodziny, bliskich oraz uczestników biegu nadal żyje w ich i naszej pamięci. Trzeba przyznać, że ta impreza ma rewelacyjny klimat, któremu nie sposób się oprzeć. Niestety jest to konieczne ze względu na wczesną pobudkę przed startem i po godzinie 21-szej musiałem wrócić do BC czyli swojej kwatery. Trzeba było ogarnąć ostatecznie sprzęt by rano nie marnować już czasu na zbędne manewry. Rzecz jasna mimo zmęczenia adrenalina przedstartowa nie pozwoliła zmrużyć oka i w krainę snów odpłynąłem dopiero po północy.

 

 

Rozdział 2 - Keep calm and POBUDKA!

   Dźwięk budzika budzi mnie o godzinie 4:50. Jest ciemno. W pokoju emanuje jedynie delikatny blask komórki. Po słabo przespanej nocy przerywanej kilkoma niekontrolowanymi pobudkami jedyna myśl jaka przebiega mi przez głowę to położyć się i zasnąć jeszcze na chwilę. Czuję, że mógłbym spać do południa jednak nie mogę sobie na to pozwolić. Jest robota do zrobienia. Z szybkością zombie poruszam się w kierunku telefonu by dać kres temu nieprzyjemnemu dla ucha dźwiękowi dzwoniącego wciąż budzika. Wiem, że trzeba wstać bo stracone teraz minuty uciekną nieodwracalnie. Mimo tego ustawiam w telefonie magiczne "Drzemka 5 minut". Nie zasypiam już. Leżę na wznak patrząc w sufit i układam plan w głowie. Cieszę się, że chociaż raz przygotowałem wszystko dzień wcześniej. Ogarniam kawę i wcinam dwie bułki oraz coś słodkiego. To paliwo na pierwszy etap zawodów. Potem szybki prysznic i wbijam się w odzież startową. Standardowo z kwatery wychodzę później niż założyłem i muszę przycisnąć szybkim marszem aby zdążyć na autobus. Trzy kilometry przemierzone żwawo w górę sprawia, że zrobiło mi się wystarczająco ciepło a nawet gorąco. Wchodzę do biura zawodów by zweryfikować się przed startem. To obowiązkowe sprawdzenie sprzętu, bez którego nie można wystartować w biegu. Są góry, jest zima i na szlaku dosłownie wszystko może się zdarzyć. Mam zatem całe wyposażenie plus trochę z ekwipunku zalecanego choć nie zakładam żeby z całości korzystać. Gotowy ładuję się do autobusu, ląduję na siedzeniu, ściągam wierzchnią warstwę by mieć co założyć kiedy wysiądę na miejscu. Staram się zamknąć oczy i zrelaksować. Gwar wewnątrz nie daje ku temu sposobności. Trzeba mimo woli wysłuchać kto gdzie startował, jak ogarnąć dzisiejsze zawody, kto jak trenuje, jaki buty są najlepsze, czy warto biegać w rakach no i klasycznie czy lepszy Garmin czy Suunto. Nagle z głośnym sykiem niczym wrota do bajkowej Morii zamykają się drzwi autobusu i ruszamy krętymi drogami w kierunku Jakuszyc.

 

 

Rozdział 3 - Miłe złego początki

Kwadrans po siódmej cumujemy w Jakuszycach. Ania i Aga nie żartowały w trakcie wczorajszej odprawy. Jest zimno i mgliście. Do tego zacina delikatna mżawka. Po wyjściu z nagrzanego autokaru jedyne co można zrobić to założyć zdjęte uprzednio warstwy i potruchtać chwilę by wyrównać temperaturę ciała. Jest jeszcze czas na gorącą herbatę, ostateczne dopięcie plecaka oraz obowiązkową fotę. Nie jest wszak tajemnicą iż bieg bez selfie się nie liczy. Ludzie zaczynają się kotłować przed bramą startową. Staję w trzecim rzędzie myśląc o tym, że trzeba wypracować sobie swoje miejsce w szeregu na pierwszych kilometrach. Jak zapowiadali koledzy potem będzie wąsko. Zaczyna się odliczanie i ruszam wraz z tłumem szeroką, wyratrakowaną trasą.

 

 

   Początek żwawo a i tak wydaje mi się, że stoję w miejscu tak gnają pozostali uczestnicy zawodów. Pierwszy kilometr w 5:00 i sporo mijanek. Lecimy dalej. Trasa znana z letnich wakacji i wybiegań na klubowym obozie. Asfalt w dół i kręcimy w stronę zielonego szlaku na Szrenicę. Drugi kilometr w 4:35. Za mocno myślę ale jak zawsze w głowie wszystko przestawia się w tryb rywalizacji. Ja gonię kogoś i ktoś goni mnie. Przynajmniej dopóki starczy sił. Lecimy jeszcze kawałek żwawym tempem i zaczyna się marszobieg w górę. Faktycznie ciężko zejść z wytorowanej ścieżki. Śniegu nie brakuje. Napieramy gęsiego. Robi się gorąco. Trzeba trochę poluzować odzież a regulacja temperatury odbywa się przez zdejmowanie i zakładanie rękawiczek według potrzeby. Tempo trzeba trzymać takie jakie trzyma grupa. Teren wznosi się i wznosi. Kopce śniegu wokół ścieżki i obsypane bielą drzewa tworzą piękny klimat zimy, której w moim rodzinnym mieście zabrakło. Dobijamy do Owczych Skał. Pierwszy raz oglądam je przykryte śniegiem. Niby znam ten punkt orientacyjny a jednak wydaje się nieznany w tej odsłonie. Wysokościomierz wskazuje kilka metrów powyżej tysiąca n.p.m. Trzymamy się tego pułapu by po chwili skręcić ze szlaku i wszyscy zbitą masą zaczynamy napierać w dól. Jest super. Ciężko wyprzedzić kogokolwiek ponieważ zejście z wydeptanej ścieżki oznacza zazwyczaj zapadnięcie się powyżej kolan w sypkim śniegu. Jednakże szarży w dół nigdy się nie odmawia. Dwieście metrów obniżenia wysokości za pomocą skoków, susów, ślizgów i biegu w dół pokrzepiło mnie mentalnie. Niestety w pierwszej części więcej trzeba zrobić przewyższenia w plusie niż w minusie i po chwili zaczyna się nieustanny marsz w górę szlakiem przy wodospadzie Kamieńczyka. I tak do Hali Szrenickiej tempo spada od 6 do nawet 14-tu minut na kilometr.

 

 

Wraz ze wzrostem wysokości robi się coraz zimniej. Jak ja nie znoszę podejść. Tłumaczę sobie, że im więcej w górę tym fajniejsze będzie zbieganie. Że będzie można poczuć wolność i puścić wszystkie hamulce dając się porwać trailowej wolności w trakcie zbiegania. Tymczasem jednak trwa podejście i na tym trzeba się skupić. Jak ja nie znoszę podejść. Naprawdę. Staram się myśleć o technice, o tym co będzie, kogo spotkam, kto mnie mija, kogo mijam ja, kto jakie ma buty, kto się wpada w poślizgi a kto napiera jak czołg. Powoli przerzedza się drzewostan i odczucia związane z chłodem oraz wiatrem stają się zdecydowanie wyraźniejsze. Staram się iść za kimś żeby osłonić się od wzmagającego wiatru jednak nie przynosi to takiego efektu jakiego bym oczekiwał. W górze majaczy już teren bez drzew. Tych, których jeszcze widzę zanim znikną we mgle mają jakieś przekrzywione sylwetki. Im jestem bliżej tym wyraźniej widzę dlaczego postacie majaczące w górze wydawały mi się nienaturalnie pokraczne. Ludzie przechylają się walcząc z wiatrem.

 

Rozdział 4 - Pustka

   Przekraczam barierę 1150m n.p.m. i wchodzę na Halę Szrenicką. To kolejny punkt znany mi z letniego obozu jednak dziś nie widać nic i w ogóle nie upatruję w nim niczego znajomego dla oka. W prognozie zapowiedziany był wiatr o prędkości 75-90km/h jednak dla mnie była to po prostu "sucha" informacja. Nie mając porównania do niczego nie byłem w stanie wyobrazić sobie co to będzie oznaczało na szlaku. Robię ostatnie zdjęcie i telefon ląduje w plecaku.

 

 

Opatulam się wszystkim co mam i napieram przed siebie korzystając z wypłaszczonego odcinka. W końcu pojawia się jakiś wielkogabarytowy cień w tej śnieżnej mgle. To schronisko na Hali a za nim punkt odżywczy. Żeby nie tracić ciepła w trakcie postoju biorę tylko łyk izotoniku i sunę dalej. W głowie mam jak zawsze motto: "Czas stracony na punkcie jest nie do odzyskania." Zaczynamy znowu podchodzić w górę. Wiatr wzmaga się z każdym metrem wzrostu wysokości. Śnieg wraz z podmuchami uderza w twarz. Idziemy jak na skazanie.

 

 

Piękno Karkonoszy w biegu... Pytam się sam siebie jak mam odnieść to hasło do dzisiejszych warunków i jakoś nie znajduję w głowie odpowiedzi. O ile do tej pory widziałem przez większość trasy plecy zawodników przed sobą teraz zaczyna majaczyć sylwetka kogoś obładowanego i przemieszczającego się w moim kierunku. Pięknie! To "ten cały Oleszak". Fota. Wymiana zdań. Fota. Piąteczka i jak zawsze morale level up! Dziesięć kilometrów zamykam w 1:23 i nie ma czasu ani widoków na podziwianie pejzaży. Ładuję dalej w górę. Mimo iż powinienem rozeznawać się w terenie to jednak niemożność wyłapania szczegółów w otaczającym mnie zimowym krajobrazie powoduje, że czuję się totalnie oderwany od rzeczywistości. Mija jedenasty kilometr, potem dwunasty. Mijam jakieś skały nastroszone nawianym śniegiem i lodem. Nie potrafię ich rozpoznać. Dopiero tabliczka uzmysławia mi gdzie jestem. Świata nie widać. Mam wrażenie jakbym przemieszczał się w jakiejś kosmicznej pustce zastanawiając się czy z nawiewanej prosto w twarz bieli wyłoni się wielka asteroida uderzając mnie prosto w klatkę czy zostanę zassany przez czarną dziurę, która w tej odsłonie przybierze formę białej płachty. Nic takiego nie następuje. ZUK trwa dalej a ja w nim. Docieram już prawie na wysokość 1500m n.p.m. Wiatr jest nieugięty i chce za wszelką cenę zepchnąć mnie ze ścieżki. Walczę z tym i w tej całej szamotaninie pojawia się przede mną zarys budynku. Zastanawiam się co to może być i gdzie jestem teraz. Ktoś z zawodników krzyczy, że mijamy Śnieżne Kotły. Zastanawiam się gdzie je widać. Nawet nie potrafię sobie wyobrazić. Tak charakterystyczny element Karkonoszyi tak zupełnie niewidoczny... Napieram dalej na złość Eolowi, który specjalnie na dzisiejsze zawody opuścił stronice greckiej mitologii. A co! Niech wie, że śmiertelnicy mogą mierzyć się z boskimi siłami. Szczególnie, że w końcu zaczynam zbiegać. Niby trasa wydaje mi się miejscami znajoma z letniego ultrakarkonoskiego a jednak wciąż wszystko jest inne niż zawsze. Szlak gnie się to w górę to w dół obniżając swoją wysokość. Wiatr sypie śniegiem prosto w twarz. Mam już takie odczucie, że lecący wraz z nim lód i śnieg rozciął mi łuk brwiowy a ja nie widzę krwi tylko dlatego, że zamarzło mi pół twarzy. Omijam schronisko. W końcu punkt, który jestem w stanie rozpoznać. Mimo nierówności śnieżnej pokrywy pod nogami korzystam z nachylenia terenu i dwa kilometry pokonuję w 10 minut. Pierwsze dwadzieścia kilometrów mija w 2:39. Jest dobrze. Tylko to zimno. Zaczynamy znowu podchodzić. Zaczynam odczuwać zmęczenie wynikające z ciężkiej podróży i niewyspania. Punkt żywnościowy omijam całkowicie ponieważ trzeba było zejść ze szlaku żeby do niego wejść. Strata czasu myślę sobie i ładuję batona. Zdążył zamarznąć więc pożarcie kalorii to prawdziwa walka. Droga pnie się w górę i z początku sunę dziarsko. Po kilku minutach jednak czuję prawdziwy spadek mocy. Kilkanaście kroków i zatrzymuje się. Większość zawodników napiera z kijami. Zatrzymuję się by zdjąć kije z plecaka. W gruncie rzeczy jest to podświadomy pretekst by się zatrzymać na chwilę. Znowu pojawia się znany algorytm. Im wyżej tym zimniej a i wiatr silniejszy. Podmuchy spychają z ukośnie położonej ścieżki. Zapominam o tym, że sam ominąłem punkt i oczekuję go w okolicach 23 kilometra. Nie pojawia się. Ja powoli zaczynam tracić czucie w rękach. Nie chcę się zatrzymywać bo przecież za moment musi być punkt. Kur... jak zimno w dłonie! Kilkanaście kroków w górę. Kur... kiedy przestanie wiać ten wiatr! Nie czuję dłoni. System ostrzegawczy mojego ciała powinien już dawno włączyć czerwone światło alarmowe i zacząć działać. Dobra dam radę jeszcze kawałek. Zaraz będzie punkt. Wybija 24-ty kilometr. Punktu nie ma. Gdzie on jest pytam sam siebie na głoś. Dobra zaraz się pojawi i jak stacja na Śnieżnych Kotłach wyrośnie zaraz przede mną. Niestety nic nie wyrasta. Idę i biegnę na zmianę krótkimi odcinkami. Powinienem stanąć i przytroczyć kijki do plecaka. Dobra jeszcze kawałek. Zaraz będzie punkt bo tutaj powinien być ten punkt. Nikogo nie widzę przede mną. Nikogo za mną. Ledwo widać tyczki znacznikowe a ja nie czuję swoich rąk. Teraz już na dobre. Nie jestem w stanie odpiąć żadnego zamka w plecaku. Przegiąłem i nie jest dobrze. Robi mi się zimniej i zimniej a ja nie mogę założyć dodatkowej bluzy z obowiązkowego pakietu ani suchych i ciepłych rękawic. Masakra! Brnę do przodu. Nie mogę się zatrzymać bo zatrzymam się już na dobre. Trzymam dłonie bez czucia zaciśnięte na rękojeściach kijków i tylko wzrokiem kontroluję czy jeszcze je mam czy już je zgubiłem. Wybija 25-ty kilometr. Wyprzeda mnie jakiś zawodnik. Pytam kiedy będzie punkt. Krzyczy, że za 28-mym. O Matko! Jeszcze 3 kilometry. Prawie 30 minut. Czarne myśli... Przypominają mi się wszystkie znane relacje z wypraw w góry, które zakończyły się dramatem. Myślę o tym jak Tomek Kowalski schodził po zmroku w kierunku bazy głuchy na sygnały nie wiedząc gdzie i jak idzie. Tylko jak porównać +8k n.p.m. z taką popierdółką? A jednak czuję się jakbym stąpał po krawędzi noża i z każdą sekundą miał się ześlizgnąć w otchłań, z której już nigdy nie wyjdę. Przynajmniej nie dłonie. Nuta strachu napędza mnie skutecznie. Z kurzawy wyłania się piechur z wielkim plecakiem odziany w krótkie spodenki. Ale ze mną źle pomyślałem. Mijam postać nie dowierzając. W końcu wyrasta przede mną Dom Śląski. Oaza. Wchodzę do środka. Trzęsę się i nie mogę nad tym zapanować. Biorę gorącą herbatę chwytając kubek między zaciśnięte pięści. Nie czuję ciepła na dłoniach. Wypijam gorący napój. Siadam i dygoczę zupełnie nad tym stanem nie panując. Mija kilka minut. Nic się nie poprawia. Przechodzę do wewnętrznej izby w nadziei, że tam będzie cieplej. Jest gorzej. Wolontariusz podchodzi do mnie i pyta czego potrzebuję. Widząc mój stan prowadzi mnie pod grzejnik. Ściągam mokrą koszulkę i zakładam ciepłą bluzę z plecaka. Zakładam kurtkę i piję herbatę. Dostaję gorącą zupę. Nie mogę jej normalnie zjeść ponieważ wszystko rozlewam z łyżki tak trzęsą mi się ręce. Masakra. Przez okno widzę wyginające się na wietrze flagi i kolejnych zawodników napierających pod wiatr po wyjściu ze schroniska. Jest mi tak zimno i wciąż nie czuję dłoni. Po raz pierwszy w głowie pojawia mi się myśl, że pierwszy raz w życiu będę musiał z własnej woli zrezygnować z biegu.

 

Rozdział 5 - Nagi tors Królowej Karkonoszy

- Stary załóż wszystko ciepłe i suche co masz i ładuj w górę inaczej zostaniesz tutaj już do końca imprezy! - gada do mnie jakiś typ. Szczerze mówiąc nie potrafię ocenić czy to jeden z zawodników, ktoś z obsługi punktu czy zupełnie postronna postać. Niemniej jednak wyrwał mnie tym z tej mentalnej hibernacji. Chowam do plecaka wszystkie mokre rzeczy, naciągam suche rękawice w przedsionku schroniska i wylatuję z punktu. Jest mega zimno ale cieszą mnie suche dłonie schowane w grubych rękawicach. Pluję sobie w twarz, że nie założyłem ich w porę. Bieg potoczyłby się pewnie nieco inaczej. Tymczasem mam stracone na punkcie 30-ci minut. Maszeruję w górę. Czarny szlak na Śnieżkę. Trzeba się na nią dostać. Najwyższy punkt przede mną. Powoli krok za krokiem brnę w przód. Czuję się jak much złapana na lep. Jeżeli niżej wiatr spychał z drogi to tutaj już bez najmniejszych nawet zahamowań daje upust swoim możliwością. Zmierzam w górę. Widoków brak. Śnieg pod nogami i wokół mnie. Jestem pochylony i widzę tylko bieżniki butów zawodników przed sobą oraz raki przytwierdzone do większości obuwia w zasięgu wzroku.

 

 

Latem zawsze cierpię na tym fragmencie trasy ale dzisiaj działa on na mnie ze zdwojoną mocą. Wiatr wywiewa ze mnie wszystko. Podnoszę głowę by ocenić ile jeszcze do szczytu i znowu to widzę. Człowiek idzie odziany w ciężkie buty z rakami. Taszczy wielki plecak. Jednakże ubrany jest jedynie w krótkie kolorowe spodenki. Co tu jest grane pytam sam siebie? Organizatorzy zatrudnili jakiegoś kuglarza żeby nas zbesztać z własnymi odczuciami? Chce nas upodlić doszczętnie jakby nie wystarczyła sama pogoda? Brnę dalej i nie znajduję odpowiedzi. Schodzi kolejna osoba a wraz z nią dwójka kompanów. Wszyscy w podobnym stylu przyodziani jedynie w luźne szorty. Dobijam do szczytu w 4 godziny i 50 minut. Wiatr osiąga apogeum. Wychodziłem z Domu Śląskiego jak Powiernik Pierścienia z Ostatniego Przyjaznego Domu na wschód od morza zmierzając ku swojemu przeznaczeniu, którym miała być Królowa Karkonoszy a zderzyłem się z rzeczywistością równie ciekawą co i zaskakującą. Na szczycie odbywał się zlot morsów. Zagadka została rozwiązana.

 

Rozdział 6 - Ból to fikcja

   Ruszam w dół. Droga nierówna. Stopy wykrzywiają się w kopcach śniegu. Kąt nachylenia stoku wymusza tempo. Nie ma zmiłuj. Wciąż nic nie widać a o tym, że jestem na właściwej drodze świadczą tylko wierzchołki tyczek i uwiązane na nich raz po raz żółte taśmy z logotypem biegu. Sukcesywnie obniża się wysokość. W końcu coś zaczyna prześwitywać przez chmurę. Zaczynam czuć mrowienie w końcówkach palców u dłoni. Robi mi się ciepło. Dłonie zdają się pękać kiedy zaczynają się prawdziwie rozmrażać. Gnam w dół. Plecy bolą mnie już od obładowanego plecaka. X-Clawy trzymają się mocno szlaku i żałuję, że taszczę ze sobą raki. Co by nie było to dodatkowy kilogram balastu. Tempo biegu oscyluje wokół 5 minut . Na tym podłożu wydaje mi się, że to prędkość kosmiczna. Trasa biegu nieugięcie zmierza w dół. Jestem wyczerpany ale cisnę do przodu. W końcu w dół biegnie się za darmo. Na tarczy zegarka wybija 40-ty kilometr. Zamykam go z czasem 5 godzin i 58 minut. Wysokościomierz wskazuje już poniżej 800m n.p.m. Jest mi wręcz gorąco. Czucie w dłoniach wróciło na dobre a droga wciąż prowadzi w dół. Tyle czekania na zbieganie i aż sam sobie nie dowierzam, że czekam na zmianę nachylenia terenu pod stopami. Energetycznie jestem już na rezerwie. Kończy się zbieg i teren się wypłasza. W pełnym słońcu widzę Kowary oraz Ścięgny znane mi z wyjazdów. Biegnę z jakimś zawodnikiem. Jak to podczas biegów ultra gadamy jak starzy kumple mimo iż nigdy wcześniej się nie widzieliśmy. Opowiada mi o swoim wejściu na Pik Lenina. Temat mnie interesuje więc mam mnóstwo pytań. Jest to zbawienne w skutkach bo chociaż na kilkanaście minut zapominam o tym, że moje zapasy paliwa zniknęły daleko w tyle. Docieramy do małego punktu. Jest cola! Bajka. Łyk, dwa a nawet trzy. Wraz z bąbelkami zastrzyk cukru niemal natychmiastowo wypełnia moje ciało. Jest dobrze. Przed nami ostatnie podejście. Zupełnie nieznany mi Budnik. Początek nie wygląda groźnie. W miarę znośny i asfaltowy. Lecimy sobie miarowo rozmawiając jeszcze. Na asfalcie mijamy co jakiś czas wypisane hasła. "Ból to fikcja". Czuję, że muszę sobie zrobić zdjęcie przy tym tekście.

 

 

Rozdział 7 - Od chaosu do nirwany

   Napieramy w górę przez chwilę w trójkę. Każdy z nas jednak dysponuje innym zapasem sił więc szybko się dzielimy na trzy samodzielne, ultra jednostki. Pozostaję w środku. Chwilę marszu wykorzystuję na telefon do Anety. Kilka wiadomości do Zaparkowanych. Potem zwiedziony łagodnym profilem podbiegam mocno. Asfalt się kończy. Pytam wolontariuszki pilnujące rozdroża ile jeszcze drogi w górę. Mówią, że 4 kilometry na co odpowiadam, że mogły mnie okłamać. Oglądam się za siebie. Mimo, że nie ma walki o czas, wynik miejsce to i tak działa syndrom rywalizacji a to zawsze pcha mnie do przodu. Zatem Podchodzę. Śnieg miesza się z błotem miejscami w ocienionych miejscach zamieniając w lód. Szeroka, szutrowa miejscami droga uparcie wiedzie w górę. Mijam przecinkę wciągając w płuca zapach ściętego drzewa. Czuję się totalnie przetargany. Przechodzę kołu ułożonych, ściętych pni przygotowanych do wywozu gdy słyszę za sobą: "-Bergol, Ty Łajzo!" Odwracam się zaskoczony. To nikt inny tylko mój prywatny support medialny śmieję się. Piotr mówi, że że mam dobry czas, dobrze mi idzie. Ja natomiast czuję się całkowicie przeciwnie. No i co mam zrobić? Nic tylko cisnąć dalej. Lecę zatem dalej. Przechodzę przez potok i zaczyna się znowu mocniejsze podejście. Ostatnie ale będące dokumentną kropką nad "i". Wlokę się co raz wolniej. Ostatni kilometr w górę pokonuję w 15-cie minut. Ale nędza. Czuję, że energetycznie jestem już pusty. W bidonie ostatnie łyki izotoniku a do mety jeszcze kilka kilometrów. Na liczniku 48km i zaczyna się droga w dół. Biegnę bo w końcu za darmo lecz nawet droga w dół jest już jak na autopilocie. Mijam się kilka razy z pewną parą i kiedy widzą mój stan zostaję poczęstowany kilkoma daktylami. Niby nic ale zawsze to kilka kalorii do spalenia. Biegnę i idę na zmianę aż do Karpacza. Nic nie może być zbyt łatwe i oczywiste. Słyszę gwar deptaku i głos komentatora jednak nic nie wskazuje bym miał zaraz znaleźć się w centrum. Jeszcze jakby tego było mało jakieś dziwne podejście. Nie mam pojęcia w jakim miejscy miasta jestem. Znowu zaczyna się śnieg a ja witany przez uśmiechniętych wolontariuszy zdaję sobie sprawę, że jestem na górze wyciągu Kolorowa. Ostatni zbieg. Na łeb na szyję i bez kalkulacji. Śnieg leży już rozdeptany w takich bezkształtnych masach, że zastanawiam się tylko kiedy i jak się przewrócę w tym pędzie. Na szczęście po raz kolejny dobijam dna bez upadku. Kilka schodów i jestem już na ostatniej prostej. Biegnę aż do końca. Radość i euforia biegacza wypełnia moją głowę. Wszystko co było złe odeszło w niepamięć. Nadchodzi nirwana mentalna. Moment kiedy wszystko wokół mnie zniknie a ja będę czysty, zresetowany i wolny od wszystkiego. Na mecie "Gerappa" wiesza mi medal na szyi. Siadam na leżaku i roztapiam się.

 

 

Epilog

   V Zimowy Ultramaraton Karkonoski ukończyłem w 7 godzin i 50 minut. To była prawdziwa przygoda i zupełnie nowe doświadczenie. Poczułem ponownie namiastkę tego co czuje w sytuacji podbramkowej i dopisałem kolejne ultra do swojego CV. Poznałem nowych, ciekawych ludzi i poznałem tych, których wydawało mi się, że znam. Co mógłbym poprawić? Sporo jak to w debiucie. Nauka trwa dalej. Do domu wróciłem z jeszcze większymi przygodami jednakże w pamięci chce mieć dobre wspomnienia i nie będę ich omawiał.

 

Podziękowania dla rodziny, Piotrka Oleszaka, Klubu Altom, Extreme Hobby, MFizjo, No Excuses Team i wszystkich co trzymali kciuki oraz dopingowali przed, w trakcie i po. Lecimy dalej!