Wrocław Maraton


Pełni pokory do dystansu, z różnymi myślami w głowie stanęliśmy na starcie 36. Wrocław Maratonu. I mimo, ze bieg przeszedł już do historii w nas jeszcze długo będzie tętnił życiem. Bo dzień 9. września 2018 roku był dla nas dniem kiedy postanowiliśmy się zmierzyć z trasą królewskiego dystansu po raz pierwszy. I dziś już wiemy, że był to zwyczajnie fajny dzień…



Ale od początku. Po pierwsze rewelacyjna organizacja. Dzień wcześniej odebraliśmy pakiety startowe (kubek , pamiątkowa koszulka z grafiką nawiązującą do 100 lecia odzyskania przez Polskę niepodległości, produkty spożywcze od kabanosów po chrupki czyli z cyklu dla każdego cos dobrego)szybko i sprawnie. Pasta party też sympatycznie, bo pod gołym niebem, aura sprzyjała, miłe okoliczności przyrody również. Jako uczestnicy 36. Wrocław maratonu mieliśmy również przywilej korzystania z darmowej komunikacji miejskiej. Niedzielny poranek , stadion tętnił życiem, w powietrzu unosił się zapach maści rozgrzewających. Oddaliśmy bagaż do depozytu gdzie uśmiechnięci wolontariusze życzyli nam powodzenia, kilka pamiątkowych foto przed ..wiadomo;) i na  start. Oprawa bardzo uroczysta, rozpoczęło się wspólnym odśpiewaniem Mazurka Dąbrowskiego. Na trasie emocji cały wachlarz, jednego bolało to drugiego tamto , był tez euforyczny śmiech i łzy wzruszania. Po drugie  … Kibice! Szał, muzyka, śpiew, zagrzewali z całych gardeł, sił i nie tylko. Był tez człowiek tygrys i człowiek rozdający cukierki… Na słowo uznania zasługują wolontariusze, uwijający się jak w ukropie przy regularnie rozstawionych punktach  odżywczych, nawadniających i punktach  odświeżenia. Do dyspozycji mięliśmy cukier w kostkach, banany, wodę, izotonik, Dextro i wodę do gąbek. I zawsze wszystkiego pod dostatkiem. Baliśmy się trochę pogody, było około 25 stopni. Dzięki Bogu  aż tak bardzo tego nie odczuliśmy. Trasa ciekawa, Wrocław piękny (choć – i tu muszę zacytować naszego współtowarzysza „byłem tu kilka razy ale nadal nie rozumiem tego miasta”). Oczywiście były chwile słabości. Oczywiście… na szczęście tylko chwile , bo pokonaliśmy 42 km i 195 m. META! Żywioł, szaleństwo, łzy… I mimo, ze nie złamaliśmy 3 godzin ani nawet 4 to trasę pokonaliśmy godnie i jak na pierwszy maraton w czasie chyba nie najgorszym. Wygrali ci co zawsze (choć wiadomo, że zwycięzcami są  wszyscy, którzy zmierzyli się z trasa i przekroczyli metę) a my w poczuciu dobrze spędzonego dnia wróciliśmy do domu.

 

                                                      Anna Tanas

 

Galeria