Winter Ultra Trail Małopolska


Kiedy większość z nas rozpoczynała imprezę klubową podsumowującą wyniki 2018 byli tacy, którzy jeszcze nie mieli okazji skończyć sezonu startowego. Jednym z nich jest Dariusz Berg, który przez cały rok szuka wyzwań w górach. W połowie grudnia zmierzył się z "wyspami" w Małopolsce podczas WUTM 65



Dariusz "Bergol" Berg:

   W połowie grudnia wziąłem udział w wymagającej imprezie biegowej rozgrywanej na terenie Beskidu Wyspowego – Winter Ultra Trail Małopolska. Wybrałem wraz ze znajomymi dystans +60km z przewyższeniem +/- 3900m. Baza zawodów mieści się w okolicy Kasinki Małej, w bazie wypoczynkowej Lubogoszcz znajdującej się na wysokości 600m. Kiedy u nas królował deszcz i szarobure niebo w Małopolsce rządził śnieg. Padał nieustępliwie i skutecznie co odczuł przede wszystkim nasz samochód zakopując się kilkakrotnie na parkingu. Na szczęście pojechaliśmy w czteroosobowym składzie i mogliśmy wcielić się w dodatkowe konie mechaniczne wspomagając działania kierowcy.

 

Pakiety odebraliśmy w piątek wieczorem i po obfitej kolacji zaczęło się pakowanie sprzętu oraz odzieży startowej. W pierwszej kolejności rzeczy z obowiązkowej listy organizatora, bez których nie da się przejść weryfikacji. Potem rzeczy dodatkowe związane z własnymi predyspozycjami. Cześć z nich często tkwi od początku do końca w plecaku niewykorzystane ale niekiedy lepiej coś taszczyć i nie skorzystać niż zatrzymać się bezradnie i korzystać z pomocy ratowników co w warunkach zimowych oznacza totalne wyziębienie organizmu i konsekwencje z tym związane.

 

O godzinie 5:00 zadzwonił pierwszy budzik i zaczęło się krzątanie, śniadanie, toaleta, ostateczne dopakowanie plecaków. Chwilę przed 6:00 ruszamy w kierunku Kasinki by zdążyć na odprawę. Wchodzimy mozolnie z poziomu drogi do bazy co wystarcza w zupełności by się rozgrzać. Świt dopiero nadejdzie i na ten czas trzeba korzystać z czołówek. Zostawiamy na miejscu depozyty – rzeczy niezbędne po dotarciu na metę i lecimy na weryfikację. Pokazujemy losowo wymagane przedmioty, odbieramy trackery (każdego z nas i z trasy 105 można przez cały czas trwania imprezy śledzić online) i przechodzimy do strefy startu. Nie mamy czasu by się nudzić bo zaczyna się akurat odliczanie.

 

Wybija 7:00 i ruszamy w drogę. Po dwustu metrach skręcamy na szlak i pniemy się w górę. Tłum ludzi jak dzika stonoga mozolnie kroczy przed siebie. Ciężko by wyprzedzić ale trzeba szukać swojego tempa i od czasu do czasu sprężyć się i pozyskać miejsce wyżej. Po dwóch kilometrach jest mi już tak ciepło, że zdejmuję kurtkę. Nie można się zbytnio spocić ponieważ przy wolniejszych odcinkach wilgoć szybko nabiera chłodu i organizm musi spalać dodatkowe kalorie przeznaczone na poczet wysiłku by ogrzewać ciało.  Po 2.5km osiągam wierzchołek Lubogoszcza Zachodniego i zaczyna się ulubiony fragment biegów górskich – rajd w dół. Kto bywa w Beskidach ten wie jak wygląda tam podłoże. Na ostrych, agresywnych zboczach rozsypane są tony luźnych, nieforemnych kamieni. Obsypać to wszystko jesiennymi liśćmi i przykryć śniegiem i dostajemy istną mieszankę gwarantująca na zbiegu odpowiednią adrenalinę. Tak więc lecę w dół to biegnąc to ślizgając się momentami. Zazwyczaj robi się luźniej gdyż zdecydowana większość zawodników woli podejścia niż zbiegi. Akurat jestem w mniejszości. Po dwóch kilometrach robi się ostry nawrót i zaczyna się podejście na Lubogoszcz (968m). Póki co jest dziarsko. Trzeba trzymać się swoich możliwości  by nie płacić za ułańską fantazję. Osiągam wierzchołek i znowu droga wije się w dół. Wszystkie biegi z cyklu WUTM oraz UTM charakteryzują się minimalną ilością płaskich przebiegów za to niezliczoną ilością rollercoasterów góra-dół. Skacząc w tym śniegu przypominamy miejscami młode sarny choć z bliska widać, że to jakieś czterdziestoletnie dziwaki. Na jakiś czas teren robi się równy gdy trzeba przebyć kilka przełęczy prowadzonych drogami asfaltowymi co nie znaczy, że jest płasko. Raz w górę i za chwilę w dół tylko po to by od podstawy ruszyć na kolejną wyspę, których w tym rejonie są całe krocie. Stąd też nazwa Beskid Wyspowy. Samotne wyspy rozrzucone w terenie.

 

Po blisko 3 godzinach i 15 minutach melduje się na pierwszym punkcie odżywczo-kontrolnym. Gorąca herbata, kubek zupy dyniowej, trochę orzeszków i czekolady i ruszam w górę by nie stracić resztek ciepła. Wiatr, który od jakiegoś czasu zwiększył swoją moc (wprost przeciwnie niż ja) nie ułatwia zadania. Brnę do góry zastanawiając się czy to już odpowiedni moment by założyć kurtkę. Daję sobie jeszcze kilka minut w nadziei, że się rozgrzeję marszem w górę. Niestety to nie następuje i po wspięciu się na wierzchołek Lubomira (904m) nie czuję już niemal swoich dłoni. Przez mokre od potu rękawice zimny wiatr dostaje się jak przez otwarte drzwi. Kilka minut tracę by wyciągnąć kurtkę z plecaka i nałożyć ją na siebie. Zgrabiałymi palcami nie mogę do końca rozpiąć zamka więc zakładam jak mogę i zaczynam zbiegać. Tylko ruch jest w stanie przywrócić ciepło. W tym rejonie śniegu jest jeszcze więcej co nie ułatwia szybkiego poruszania się. Nie widzę nikogo przed sobą ani za sobą. Muszę napierać dalej. Obiecałem sobie, że nie doprowadzę się do takiego stanu a jednak nie dotrzymałem słowa. Teraz muszę cierpieć.

 

W końcu z pomocą przychodzi ukształtowanie terenu i Lubomir obłaskawia mnie łagodniejszym fragmentem. Przyspieszam obniżając wysokość. W końcu pojawia się ból rozpierający dłonie co oznacza, że krążenie wraca do normy. Pojawiają się inni zawodnicy. Wróciło ciepło, jest do kogo się odezwać, morale w górę. Kilka pomniejszych pików i nieustanny zbieg aż do Lubienia gdzie przy drodze znajduje się drugi punkt odżywczo-kontrolny. To bodajże najniżej położone miejsce na całej trasie. Docieram do niego po niepełna 5-ciu godzinach. Otwarty teren, dwa stoły i ognisko nie gwarantują ogrzania się więc proszę tylko o nalanie ciepłej herbaty do bidonu, wciągam kilka słonych przekąsek i napieram dalej. Kawałek asfaltową drogą i po chwili rajd na Szczebel (976m) co daje 600 metrów w górę na odcinku pięciu kilometrów. Trudny fragment zapadający w pamięci. Byłem tutaj gdy nie było śniegu. Teraz jest inaczej. Im wyżej tym ostrzej. To właściwy moment by rozłożyć kijki i skorzystać z mocy rąk a odciążyć plecy i nogi. Pokonanie 1 kilometra zajmuje ponad 20 minut. Mijam zimną jaskinię co oznacza, że do wierzchołka jeszcze kolejne 20 minut. W końcu staję na Szczeblu. Robię foto korzystając z tego, że jest światło dnia. Drugi raz w tym samym miejscu będę po zmroku. Chowam telefon, łyk herbaty, kawałek batona do rękawicy by się rozgrzał i był możliwy do pogryzienia. Teraz mogę puścić się w dół. Jest ostro. Trzeba uważać, momentami hamować. Wszystko po to by za chwilę znowu rozpocząć „atak szczytowy”. Przede mną szlak na Luboń Wielki (1022m). Podejście daje się we znaki – wyrywa łydki jak to się mówi. W dół schodzi grupa turystów. Wszyscy uzbrojeni w raki turystyczne. Mają problem zejść. Ja będę musiał tą drogą wracać myślę sobie. Tylko po co martwić się na zapas. Na górze staję kilkanaście minut po godzinie 14-tej. Pamiątkowe zdjęcie. Wiatr nadal się wzmaga więc nie ma co tutaj sterczeć. Zegarek wskazuje 42km zatem maraton już jest. Jeszcze tylko „połówka” i po robocie. Omijam schronisko PTTK i tym razem w miarę łagodnym zboczem biegnę w kierunku PK. Prawie 4 kilometry prowadzące w dół pozwalają pozyskać trochę kilometrów, które potem trzeba wyrywać z trasy. Docieram po Rabki  Zdrój/Zaryte gdzie znajduje się trzeci punkt kontrolno-odżywczy. Tym razem umieszczony jest w szkole. Nic dziwnego – tutaj przygotowany jest przepak dla najdłuższego dystansu. Ogrzewam się, piję gorącą herbatę, uzupełniam płyny w bidonach i jem wszelkie dostępne przekąski. Wiem, że im dłużej w cieple tym gorzej ruszyć dalej. Wychodzę na zewnątrz i dopijam herbatę.

 

Zastanawiam się w którą stronę dalej ponieważ coś mi nie pasuje. Kolejny wychodzący zawodnik także nie ma pewności i pyta organizatora. Faktycznie musimy się kawałek cofnąć i wbić na żółty szlak. Dobrze, że się zapytał ponieważ z pewnością ruszylibyśmy na trasę 105km i zamiast do mety zaczęlibyśmy się oddalać. Jeden z moich kolegów niestety nie miał tego szczęścia i ruszył tą trasą ale to już inna historia. Korzystając z równego chodnika sprawdzam wiadomości w telefonie, których jak zawsze nie brak. Mnóstwo dopingu od znajomych. Gapienie się w ekran to najlepszy sposób by pomylić trasę. Nie zauważyłem oznakowania szlaku i musiałem nadrobić 500m. Niby nie dużo ale zniechęca. Chowam sprawcę zamieszania do kieszeni i ruszam pod górę.

 

Jeżeli Szczebel uchodził za najwredniejszy wierzchołek w okolicy to Luboń Wielki zabrał mu koronę. Podejście wytyczone na powrót było naprawdę wymagające i ciężkie. Momentami niebezpieczne i do tego przyszło je robić po zmroku. Tak się złożyło, że zbiliśmy się w czteroosobową grupę zmieniającą się na prowadzeniu od czasu do czasu. W blasku czołówek wszystko zaczyna wyglądać totalnie inaczej. Drugi raz na Luboniu staję po przeszło 9-ciu godzinach od startu. W drodze na dół spotykam dwóch kolegów. Chwila rozmowy, szybkie pytania z obu stron czy czegoś nie potrzeba i trzeba lecieć dalej. Jest już zupełnie ciemno i znowu zostaję sam. Biegnę w dół tak jak lubię. Co jakiś czas mijam się z kimś kto zaczyna dopiero pierwsze podejście pod Luboń. Część z nich to zawodnicy z trasy 105 a reszta z mojego dystansu. Lecę dalej w dół. W blasku latarki to te zwisające pod wpływem ciężarku śniegu gałęzie drzew tworzą jakiś baśniowy tunel. Grunt, że prowadzi od do jakiegoś prawdziwego celu a nie na przykład do jaskini Szeloby gdzieś w okolicach Mordoru. Kończy się zbieg i zaczyna się kolejny marsz na Szczebel. Twórcy trasy wykazali się dużą kreatywnością i jednocześnie pokazali swoje masochistyczne zakusy. Zaliczam spadek energetyczny i potrzebuję czasu by się odbudować. Zwalniam i wciągam żel z kofeiną. Potrzebuję szybkiego zastrzyku węglowodanów. Popycham kawałkiem batona i łykiem izotoniku. Po kilkunastu minutach czuć przypływ energii. Korzystam z niego by dobić na wierzchołek.

 

Jest godzina 19-ta. Ciemno. Cisza. I rozdroże dróg. Zastanawiam się, która droga w dół jest prawidłowa. W końcu wybieram zejście, które pamiętałem z poprzedniego roku. Pierwsze metry nawet spokojne. By po chwili zamienić się w ścianę szklanej góry. Zatrzymuję się by złożyć i schować kije. Na nic się nie zdadzą. No chyba, że zależałoby mi na ich połamaniu. Jedyna opcja zejścia to namierzyć jakieś wiarygodne drzewo i się na nim zatrzymać. Im mniejszy dystans do drzewa tym mniejsze nabranie prędkości. Są odcinki, na których nawet ten sposób się nie sprawdza i trzeba po prostu zjechać. Tak też robię od czasu do czasu. Doganiam kilka zawodników walczących ze stokiem. Ten krótki odcinek trasy każdemu zostaje w pamięci. Zastanawiam się w jaki sposób pokonuje go elita. Może się kiedyś dowiem. Tymczasem lecę dalej. Nakręcony na nowo pruję w dół. Pięknie się biegnie. Wyprzedam kolejne osoby. Do mety już tylko kilka kilometrów. Przyspieszam.

 

Dobiegam do głównej szosy. Nie widzę oznaczeń i zastanawiam się, w którą stronę biec dalej. Nie nadbiega żaden zawodnik. Żadnego nie widać też przede mną. Po chwili dzwoni telefon. To Daniel – ultrabliźniak z pamiętnego Stumilaka. 

 

- Cześć Daniel. Co jest?

– „Wiesz, że zszedłeś z trasy?”

– Co Ty gadasz jestem na trasie.

– „Nie, nie jesteś. Poleciałeś za daleko. Widzę na trackerze.”

– O, kurka wodna! (cytat mało dosłowny z powodu filtra antywulgaryzmowego i ilości dostępnego miejsca na kartce).

–„Musisz wrócić na trasę!”

– Dobra. Lecę.

 

Chowam telefon bo nie czuję rąk. I cisnę na powrót pod górę. Dopiero na spokojnie zarzucam sobie, że poleciałem nie zważając na to, że na śniegu nie było śladów biegowych butów. Że nikt nie biegł za mną. I teraz zamiast być już pod wejściem na Bazę Lubogoszcz muszę odrabiać prawie 5 kilometrów. Co zrobić. Jak trzeba to trzeba. Docieram do szlaku po kilku perypetiach i zniechęcony truchtam dalej. Im bliżej Kasinki Małej tym większe braki w oznakowaniu trasy. Śnieg pada cały czas. Kolejna pomyłka. Tym razem 200 metrów. Powrót na trasę. Znowu brak oznaczeń. Nadbiegają zawodnicy. Także szukają trasy. W końcu ryzykujemy. Za budynkiem wisi szarfa a to znaczy, że lecimy ok. Przez ulicę. I pod górę. Po ominięciu budynków zaczyna się ściana lasu i droga w górę. Trzeba się podnieść o 300 metrów w pionie. Idzie ciężko, w głowie cały czas te niepotrzebnie dokręcone kilometry.

 

W końcu z pełną głową po 12 godzinach 5 minutach i 39 sekundach wpadam na metę mając w nogach 66 kilometrów i ponad 4000m przewyższenia. Satysfakcja 100%. Nic co łatwe nie cieszy tak bardzo. Kolejne, duże doświadczenie w biegach górskich zdobyte. Kolejna przygoda przeżyta. Kolejni poznani ludzie. Ponownie utwierdzam się w tym, że warto kolekcjonować przeżycia, momenty, chwile, wpomnienia a nie magazynować przedmioty.

 

Podziękowania dla całej ekipy wyjazdowej za dobry humor w drodze na zawody i po zawodach. Za motywację i charakter na trasie.

 

Galeria