Stumilak


Sezon w pełni i nasi ultrasi nie zwalniają tempa. Dopiero co opadł kurz po GWiNT Ultra Cross gdzie zmierzyli się z trasą 161km a już w pierwszy weekend czerwca Darek z Danielem stanęli na linii startu Stumilaka



Dariusz "Bergol" Berg:

   "To dla mnie niezwykle mocny sezon jeżeli chodzi o jakość imprez, w których startuję oraz warunki jakie na tych zawodach panowały. Były mroźne Nowe Granice (103km), śnieżny ZUK (53km) ze swoim wiatrem spychającym z grani, upalny Król Parku (60km) i duszny GWiNT (161km). Przyszedł czas na gwóźdź programu w pierwszej połowie roku, którym został Stumilak. Pierwotnie chciałem zmagać się z trasą ok. 180km jednak po grudniowych potyczkach z beskidzkimi szlakami zweryfikowałem swój plan i zdecydowałem się na dystans 103km. O ile odległość do pokonania niejako wrażenia już na mnie nie robiła to przewyższenie +5600m już tak. I to duże.

 

   W piątek zameldowaliśmy się w biurze zawodów, w centrum Szczyrku. Przeszliśmy weryfikację niezbędnego sprzętu i odebraliśmy pakiety. Z dziarskimi minami zasiedliśmy do odsłuchania obowiązkowej odprawy. Po kilku minutach szerokie uśmiechy zastąpiła lekka konsternacja. Potwierdziło się bowiem ,że to nie sielankowy festiwal lecz impreza dla prawdziwych ultrasów gdzie nikt z nikim się nie patyczkuje mówiąc potocznie. Co mam na myśli? Tutaj musisz zdać się na siebie albo na drugiego zawodnika. Nie masz sprzętu wymaganego? Schodzisz. Zabraknie kilku sekund na punkcie? Schodzisz. Nie zatankujesz płynów na PK? Odwodnisz się i schodzisz. Nie masz wystarczająco kalorycznego jedzenia? Schodzisz. Pęcherze na stopach? Nie da się biec? Schodzisz. Nie ma płaskich odcinków? Nie ma asfaltu? Nie ma się gdzie rozpędzić? Nie ma zupy, kabanosów, kibiców? Kogo to obchodzi? I tak bez końca. A co jeśli dojrzałeś do momentu, że jedyne czego chcesz to zejść? To zejdź i martw się jak dotrzeć do cywilizacji jeżeli nie zszedłeś na wyznaczonym do tego punkcie. Masz być człowiekiem gór. Masz być ty i natura w swoim żywiole. Prawda, że zachęcające? Michał Kołodziejczyk - organizator - nie szuka poklasku. Chce robić imprezę po swojemu. Imprezę dla prawdziwych maniaków. I trzeba przyznać, że robi to bardzo skutecznie.

 

   Po odprawie nie ma już czasu na nic. A w głowie kotłuje się 100 myśli na sekundę. Czy nie lepiej było wziąć buty z agresywnym bieżnikiem, czy wystarczą bidony, czy to dobrze, że nie wziąłem dodatkowego flaska, czy będą skurcze itd. Ładujemy się do autobusów i ruszamy w kierunku startu. Pojazd toczy się krętymi drogami ze Szczyrku do Zawoi. Nie sposób zasnąć i ciężko się zrelaksować kiedy pasażerowie próbują ogarnąć buzującą adrenalinę przedstartową. Przejazd zajmuje półtorej godziny. Na miejsce docieramy kilkanaście minut przed startem. Tutaj wszystko odbywa się na styk w limitach czasowych. Pozostaje tylko chwila na ostatnią toaletę i poprawienie plecaków. Tutaj nie ma wielkich banerów sponsorów, wielkiego biura, wielkiej bramy bramy i wszystkiego co kojarzy się nam z większymi biegami. Jesteśmy tylko MY - biegacze i ON - organizator. Zapomniałbym jeszcze o czymś najbardziej istotnym! Obowiązkowa fota. Przecież w obecnych czasach start bez foty się nie liczy. . Wybija godzina 16:00 i zaczyna się odliczanie. Ruszamy...

 

   Ruszamy przed siebie to zbyt szeroka wypowiedź. Ruszamy w górę jest bardziej adekwatne do rzeczywistości. Pod nogami klasyczny Beskid czyli  korzenie i luźne kamienie. Mimo prognozowanych burz nad nami odkryte niebo a z nieba żar. Wzrost wysokości i tropikalna wilgotność powoduje, że pot leje się strumieniami. Już po pół godzinie mam wrażenie, że pocą mi się nawet łokcie kiedy widzę krople spadające z nich jak z niedokręconego kranu. Czuję się ciężko. Ciężko oddycham. Czuję jak serce wali w piersi. Jednak pomysł by przebiec 3 tygodnie wcześniej 100mil nie należał do tych najbardziej trafionych. Szlak wznosi się bezczelnie mając nas gdzieś. Po lewej stronie widać ciemne chmury i deszcz lejący się w doliny. Może nas ominie oszukuję siebie? I szlak znowu zwiększa swoje nachylenie przypominając o sobie. Nie czuję pełnej regeneracji i zaczynam odstawać. Muszę się uspokoić i ochłonąć. Spokój. Tylko spokój. Nareszcie udaje mi się zrównać z tym co gra orkiestra mojego ciała i na powrót zostaję dyrygentem. Panuję nad utworem. Osiągamy górny pułap razem z Kubą i Danielem po czym zaczyna się zbieg z Hali Śmietanowej. Odżyłem. Leć słyszę za sobą. Nie mam zamiaru zwalniać. Puszczamy się z Danielem w dół bez kalkulacji. Jest dobrze. Tego potrzebowaliśmy - beztroskiego i niczym niekalkulowanego toczenia się w dół. Można się rozpędzić. Wspaniały rajd na dół. Wpadamy na punkt. Wybija 10-ty kilometr. Zegarek wskazuje 1:50. Nieźle. To nie będzie sielanka. Zależy nam na szybkim opuszczeniu punktu. Pomijamy radę orga by się porządnie napoić i jedynie uzupełniamy bidony by zaraz wyprysnąć na szlak. Następny punkt za 27 kilometrów. Po bokach burze a przed nami krnąbrny Diablak. Nieprzewidywalny i najwyższy punkt w Beskidzie Żywieckim.

 

   Usłyszane w autobusie od jednego z uczestników, że na Babią prowadzą eleganckie schodki, po których wystarczy tylko "siup, siup, siup" okazały się w rzeczywistości niezłą Golgotą... Brnęliśmy wspólnie z Danielem pod te nieskładne stopnie wspinając się co raz wyżej. Temperatura rosła. Nasza również. Chce się pić. I to bardzo. Zmienia się roślinność wraz z kolejnymi metrami w górę i w końcu kosodrzewina zastępuje wcześniejsze drzewa, które dawały cień. Naparzamy w górę i widzimy szczyt. Przynajmniej tak się nam wydawało. Dobijamy do Gówniaka (1617m). Ekspozycja świetlna robi piorunujące wrażenie. Chmura skrywająca światło i promienie słońca wyglądające spoza niej wydają się być magiczne. Nierealne. Zatrzymujemy się by zrobić zdjęcia i brniemy dalej. Jest gorąco. Po izotoniku w pierwszym bukłaku zostaje tylko wspomnienie. Do kolejnego punktu jeszcze daleko. Może wystarczy drugi bidon. Dlaczego nie opiłem się aż pod korek kiedy byliśmy na punkcie? I tak na rozmyślaniach o tym czy 500ml izo wystarczy do kolejnego PK dobijamy na szczyt Babiej Góry (1725m). Stąd nie można ruszyć tak po prostu dalej. Jesteśmy tutaj po raz pierwszy w życiu. Zniesławiony sławą złej pogody "Diablak" tym razem uraczył nas całą swoją krasą. Jak daleko sięgnąć wzrokiem rozpościerają się pasma zielonych gór. Mniejszych i większych. Jest porażająco pięknie. Jak tutaj nie wielbić gór kiedy za trud podchodzenia czeka taka nagroda? Jaki jest człowiek maluczki w obliczu tych monumentalnych olbrzymów. Jak szlaki wiją się w oddali swoimi cieniutkimi niteczkami w tej gęstwinie zieleni o wszelkich możliwych odcieniach. Można się rozmarzyć. Piknięcie zegarka przypomina o tym, że nie jesteśmy na wycieczce tylko na zawodach i trzeba cisnąć do przodu. Limit czasowy nie zna litości. Zza horyzontu wynurza się Karolina Krawczyk (oficjalny fotograf biegu; poznaliśmy się przy okazji Łemkowyny) no i jak tu ruszać z kopyta kiedy trzeba do obowiązkowej foty się ustawić. W końcu dobijają kolejni zawodnicy a to dowód na to, że jesteśmy już tutaj zbyt długo. Ruszamy.

 

   Brniemy rumowiskiem w dół by po chwili stanąć na ubitym szlaku. Babia zostaje za plecami a z ubitego traktu przechodzimy w standardowe podłoże nierówne i kamieniste. Cały czas zbiegamy. Cały czas pełna koncentracja by dobrze kalkulować, który kamień odsunie się spod nóg przy lądowaniu, a który jest z pozoru stabilny by utrzymać ciało w stosownej pozycji. Cała zabawa udaje się aż stajemy wreszcie na Małej Babiej (1515m). Szybkie foto i ciśniemy dalej by połknąć jak najwięcej z trasy nim zapadnie zmierzch. Krążące wokół burze nie dają już złudzenia, że uda nam się nich uniknąć. Obniżamy wysokość trasą, której nie powstydziłby się żaden rollercoaster by wpaść po czterech i pół godzinie na siodło Mędralowej (1169m). Przed nami kolejny zbieg. Niebo ciemnieje, grzmoty stają się bardziej intensywne i błyski niczym flashe lamp błyskowych niewidzialnych fotoreporterów rozświetlają od czasu do czasu nieboskłon. Wpadamy w las i pierwsze krople deszczu lądują na nas. Na początku daje to zbawienne uczucie po tej nagonce w parowniku. Niestety deszcz zamienia się w ulewę, chmury przyspieszają noc. Zatrzymujemy się na stoku by założyć czołówki oraz kurtki. W blasku latarek zbieganie staje się bezpieczniejsze. Pod kurtką za to zaczyna się prawdziwe gotowanie na parze. Jest duszno. Napieramy w dół. Raz po raz błyskawica poprzedzona grzmotem uzmysławiają nam, że jesteśmy niczym w obliczu natury. Ponieważ cały czas poruszamy się krawędzią granicy polsko-słowackiej telefon naprzemiennie traci i odzyskuje zasięg wzorem tonącego, któremu od czasu do czasu udaje się wynurzyć z topieli by zaczerpnąć haust powietrza. I tak jak ten topielec, który wraz z kolejną próbą złapania tlenu zachłystuje się wodą tak i telefon staje się ostatecznie bezużyteczny. Droga uspokaja się na krótką chwilę by rzecz jasna poprowadzić nas ponownie w górę Podchodzimy na Jaworzynę. Jest ciemno z wyjątkiem chwil, kiedy piorun rozdziera niebo. Ładujemy się prosto w burzę. Jest strasznie duszno. Mam wrażenie, że się zaraz ugotuję. Sięgam po bidon. Biorę łyka i widzę, że zostało w nim co najwyżej 50ml płynu. Mało. Stanowczo za mało. Kolejne błyski. Pod nogami błoto. Zaczynam się ślizgać na tym podejściu. Wkurzam się teraz sam na siebie, że nie zdecydowałem się ostatecznie na x-clawy. Kolejne grzmoty i kolejne błyski. Staram się przypomnieć sobie wszystko co mówił organizator na odprawie w związku z burzą. Jedyne co mi się przypomina to biografia Kukuczki i burza podczas wspinaczki na Nangę Parbat kiedy to jedyne czego mógł się złapać to metalowy hak, który tak był naelektryzowany wyładowaniami, że aż przeskakiwały po nim iskry. Z każdym błyskiem starałem się wyczuć naelektryzowane powietrze co wydawało mi się oczywistym zwiastunem najgorszego. Kur... kiedy to podejście się skończy. Co mówili na odprawie? Po pierwsze obniżyć wysokość najkrótszą możliwą drogą. Po drugie wyłączyć telefon. Po trzecie odrzucić kijki. No dobra za chwilę szczyt i naturalną koleją rzeczy będzie obniżanie wysokości. Zatem w górę. Ile sił. Dobijamy do Jaworzyny (1046m). Na budziku 30km i niemal 6 godzin za nami. Biorę ostatni łyk. Upycham pusty bidon w kieszeni plecaka i uciekamy przed burzą w dół, przed siebie na łeb i na szyję. Trasa postrzępiona jak stary grzebień więc biegnie się nierówno. Jest duszno. Deszcz zwiększa wilgotność i potęguje odczucia. Rozpinam kurtkę. Nic się nie zmienia. Wciąż czuję się jak stalowy czajnik na kuchence gazowej. Gdybym miał gwizdek zamiast czapeczki już bym pewnie gwizdał. Przechodzimy do marszu przerywanego co raz krótszymi falami biegu. Zostawiamy burzę za sobą. Czuję, że słabnę. Jak mi chce się pić. Daniel wyciąga flaska i rozdziela resztki picia na nas dwóch. Jak przyjemnie. Na chwilę. Byle do punktu. Za pięć kilometrów czeka PK. Na asfalcie byłoby to trochę powyżej 20 minut. Ale to nie jest asfalt. Równie dobrze może być półtorej godziny. Idziemy dalej. Jak mnie suszy. Myślę tylko o tym by się czegoś napić. Tylko czego? Jak na złość nie płynie żaden strumień. Wyciągam BCAA. Zawsze to chociaż łyk jakiegoś płynu. Czuję jak opuszczają mnie siły i zwalniam. Nie mam siły powłóczyć nogami. Odcina mnie. Dystans wlecze się niemiłosiernie. Za plecami zaczynam słyszeć kroki. Dogania nas Darek. W końcu ktoś najomy co rozmową sprawi, że zapomnimy o tych suchych... zaraz, zaraz! Daras ma wodę w bukłaku i dzieli się nią! O, zbawca! Lekko odżywam. Zaczynamy napierać. Woda to życie i dowiesz się tego gdy Tobie jej zabraknie na szlaku. Wpadamy na przełęcz Glinne. Ustalamy, że damy sobie ok.25 minut restu by się odbudować. Picie to jest życie. Wypijam litr coli. Normalnie pękłbym a w tych okolicznościach mam wrażenie, że wchłonęła się jak w gąbkę. Czekam chwilę na znajome uczucie strzału cukru we krwi. Jest. Przebieramy mokre koszulki. Na punkt wbiegają Haszek z Karolem i Zbychem. Czują się dobrze i napierają dalej. Ogarniamy się i opuszczamy punkt.

 

   Jest zimno. Idziemy asfaltem w poprzek ulicy. Na początku trzeba rozruszać stopy odbite od wszędobylskich kamieni. Po chwili zaczynamy truchtać by ponownie nadać ciału odpowiednią temperaturę. Nie pada i nie grzeje jak za dnia. Znowu wróciła wola walki. Mamy świadomość, że zaczynamy kolejne, długie podejście. W mroku nocy widzimy tylko to co niedaleko przed nami. Sami nakręcamy się tym podejściem. Im bardziej syfiaste podłoże tym bardziej się w to wkręcamy. Z lewej strony znad drzew wychyla się krwista tarcza księżyca. Niemy obserwator dzisiejszych zmagań. Robi wrażenie. Daniel puszcza mnie do przodu. Czuję się rewelacyjnie. Podkręcam tempo. Nawet wyprzedzamy kilka osób. Aż nie do wiary, że po takiej zapaści jest tak dobrze. Poruszamy się lejem wyżłobionym przez spływające tędy potoki, które aktywne są pewnie po każdej ulewie i roztopie. Teraz jest błotniście. Nieco wyżej strumień rozszerza się nie próbujemy go nawet ominąć. Ładujemy się prosto w niego. Zimna woda przypomina morsowanie i skutecznie chłodzi a nawet mrozi stopy. Lepszy kalafior niż pęcherze i otarcia więc osobiście traktuję tą wodę jako kolejny plus. Jeszcze trochę podkręcamy by jak najszybciej wdrapać się na Pilsko (1535m). Stajemy na szczycie nieco przed upływem dziewiątej godziny zawodów. Ależ mamy satysfakcję z tej roboty. Chwilę motamy się na wierzchołku szukając szarfy znakującej.

 

cdn

Galeria