Stumilak


Sezon w pełni i nasi ultrasi nie zwalniają tempa. Dopiero co opadł kurz po GWiNT Ultra Cross gdzie zmierzyli się z trasą 161km a już w pierwszy weekend czerwca Darek z Danielem stanęli na linii startu Stumilaka



Dariusz "Bergol" Berg:

   "To dla mnie niezwykle mocny sezon jeżeli chodzi o jakość imprez, w których startuję oraz warunki jakie na tych zawodach panowały. Były mroźne Nowe Granice (103km), śnieżny ZUK (53km) ze swoim wiatrem spychającym z grani, upalny Król Parku (60km) i duszny GWiNT (161km). Przyszedł czas na gwóźdź programu w pierwszej połowie roku, którym został Stumilak. Pierwotnie chciałem zmagać się z trasą ok. 180km jednak po grudniowych potyczkach z beskidzkimi szlakami zweryfikowałem swój plan i zdecydowałem się na dystans 103km. O ile odległość do pokonania niejako wrażenia już na mnie nie robiła to przewyższenie +5600m już tak. I to duże.

 

   W piątek zameldowaliśmy się w biurze zawodów, w centrum Szczyrku. Przeszliśmy weryfikację niezbędnego sprzętu i odebraliśmy pakiety. Z dziarskimi minami zasiedliśmy do odsłuchania obowiązkowej odprawy. Po kilku minutach szerokie uśmiechy zastąpiła lekka konsternacja. Potwierdziło się bowiem ,że to nie sielankowy festiwal lecz impreza dla prawdziwych ultrasów gdzie nikt z nikim się nie patyczkuje mówiąc potocznie. Co mam na myśli? Tutaj musisz zdać się na siebie albo na drugiego zawodnika. Nie masz sprzętu wymaganego? Schodzisz. Zabraknie kilku sekund na punkcie? Schodzisz. Nie zatankujesz płynów na PK? Odwodnisz się i schodzisz. Nie masz wystarczająco kalorycznego jedzenia? Schodzisz. Pęcherze na stopach? Nie da się biec? Schodzisz. Nie ma płaskich odcinków? Nie ma asfaltu? Nie ma się gdzie rozpędzić? Nie ma zupy, kabanosów, kibiców? Kogo to obchodzi? I tak bez końca. A co jeśli dojrzałeś do momentu, że jedyne czego chcesz to zejść? To zejdź i martw się jak dotrzeć do cywilizacji jeżeli nie zszedłeś na wyznaczonym do tego punkcie. Masz być człowiekiem gór. Masz być ty i natura w swoim żywiole. Prawda, że zachęcające? Michał Kołodziejczyk - organizator - nie szuka poklasku. Chce robić imprezę po swojemu. Imprezę dla prawdziwych maniaków. I trzeba przyznać, że robi to bardzo skutecznie.

 

   Po odprawie nie ma już czasu na nic. A w głowie kotłuje się 100 myśli na sekundę. Czy nie lepiej było wziąć buty z agresywnym bieżnikiem, czy wystarczą bidony, czy to dobrze, że nie wziąłem dodatkowego flaska, czy będą skurcze itd. Ładujemy się do autobusów i ruszamy w kierunku startu. Pojazd toczy się krętymi drogami ze Szczyrku do Zawoi. Nie sposób zasnąć i ciężko się zrelaksować kiedy pasażerowie próbują ogarnąć buzującą adrenalinę przedstartową. Przejazd zajmuje półtorej godziny. Na miejsce docieramy kilkanaście minut przed startem. Tutaj wszystko odbywa się na styk w limitach czasowych. Pozostaje tylko chwila na ostatnią toaletę i poprawienie plecaków. Tutaj nie ma wielkich banerów sponsorów, wielkiego biura, wielkiej bramy bramy i wszystkiego co kojarzy się nam z większymi biegami. Jesteśmy tylko MY - biegacze i ON - organizator. Zapomniałbym jeszcze o czymś najbardziej istotnym! Obowiązkowa fota. Przecież w obecnych czasach start bez foty się nie liczy. . Wybija godzina 16:00 i zaczyna się odliczanie. Ruszamy...

 

   Ruszamy przed siebie to zbyt szeroka wypowiedź. Ruszamy w górę jest bardziej adekwatne do rzeczywistości. Pod nogami klasyczny Beskid czyli  korzenie i luźne kamienie. Mimo prognozowanych burz nad nami odkryte niebo a z nieba żar. Wzrost wysokości i tropikalna wilgotność powoduje, że pot leje się strumieniami. Już po pół godzinie mam wrażenie, że pocą mi się nawet łokcie kiedy widzę krople spadające z nich jak z niedokręconego kranu. Czuję się ciężko. Ciężko oddycham. Czuję jak serce wali w piersi. Jednak pomysł by przebiec 3 tygodnie wcześniej 100mil nie należał do tych najbardziej trafionych. Szlak wznosi się bezczelnie mając nas gdzieś. Po lewej stronie widać ciemne chmury i deszcz lejący się w doliny. Może nas ominie oszukuję siebie? I szlak znowu zwiększa swoje nachylenie przypominając o sobie. Nie czuję pełnej regeneracji i zaczynam odstawać. Muszę się uspokoić i ochłonąć. Spokój. Tylko spokój. Nareszcie udaje mi się zrównać z tym co gra orkiestra mojego ciała i na powrót zostaję dyrygentem. Panuję nad utworem. Osiągamy górny pułap razem z Kubą i Danielem po czym zaczyna się zbieg z Hali Śmietanowej. Odżyłem. Leć słyszę za sobą. Nie mam zamiaru zwalniać. Puszczamy się z Danielem w dół bez kalkulacji. Jest dobrze. Tego potrzebowaliśmy - beztroskiego i niczym niekalkulowanego toczenia się w dół. Można się rozpędzić. Wspaniały rajd na dół. Wpadamy na punkt. Wybija 10-ty kilometr. Zegarek wskazuje 1:50. Nieźle. To nie będzie sielanka. Zależy nam na szybkim opuszczeniu punktu. Pomijamy radę orga by się porządnie napoić i jedynie uzupełniamy bidony by zaraz wyprysnąć na szlak. Następny punkt za 27 kilometrów. Po bokach burze a przed nami krnąbrny Diablak. Nieprzewidywalny i najwyższy punkt w Beskidzie Żywieckim.

 

   Usłyszane w autobusie od jednego z uczestników, że na Babią prowadzą eleganckie schodki, po których wystarczy tylko "siup, siup, siup" okazały się w rzeczywistości niezłą Golgotą... Brnęliśmy wspólnie z Danielem pod te nieskładne stopnie wspinając się co raz wyżej. Temperatura rosła. Nasza również. Chce się pić. I to bardzo. Zmienia się roślinność wraz z kolejnymi metrami w górę i w końcu kosodrzewina zastępuje wcześniejsze drzewa, które dawały cień. Naparzamy w górę i widzimy szczyt. Przynajmniej tak się nam wydawało. Dobijamy do Gówniaka (1617m). Ekspozycja świetlna robi piorunujące wrażenie. Chmura skrywająca światło i promienie słońca wyglądające spoza niej wydają się być magiczne. Nierealne. Zatrzymujemy się by zrobić zdjęcia i brniemy dalej. Jest gorąco. Po izotoniku w pierwszym bukłaku zostaje tylko wspomnienie. Do kolejnego punktu jeszcze daleko. Może wystarczy drugi bidon. Dlaczego nie opiłem się aż pod korek kiedy byliśmy na punkcie? I tak na rozmyślaniach o tym czy 500ml izo wystarczy do kolejnego PK dobijamy na szczyt Babiej Góry (1725m). Stąd nie można ruszyć tak po prostu dalej. Jesteśmy tutaj po raz pierwszy w życiu. Zniesławiony sławą złej pogody "Diablak" tym razem uraczył nas całą swoją krasą. Jak daleko sięgnąć wzrokiem rozpościerają się pasma zielonych gór. Mniejszych i większych. Jest porażająco pięknie. Jak tutaj nie wielbić gór kiedy za trud podchodzenia czeka taka nagroda? Jaki jest człowiek maluczki w obliczu tych monumentalnych olbrzymów. Jak szlaki wiją się w oddali swoimi cieniutkimi niteczkami w tej gęstwinie zieleni o wszelkich możliwych odcieniach. Można się rozmarzyć. Piknięcie zegarka przypomina o tym, że nie jesteśmy na wycieczce tylko na zawodach i trzeba cisnąć do przodu. Limit czasowy nie zna litości. Zza horyzontu wynurza się Karolina Krawczyk (oficjalny fotograf biegu; poznaliśmy się przy okazji Łemkowyny) no i jak tu ruszać z kopyta kiedy trzeba do obowiązkowej foty się ustawić. W końcu dobijają kolejni zawodnicy a to dowód na to, że jesteśmy już tutaj zbyt długo. Ruszamy.

 

   Brniemy rumowiskiem w dół by po chwili stanąć na ubitym szlaku. Babia zostaje za plecami a z ubitego traktu przechodzimy w standardowe podłoże nierówne i kamieniste. Cały czas zbiegamy. Cały czas pełna koncentracja by dobrze kalkulować, który kamień odsunie się spod nóg przy lądowaniu, a który jest z pozoru stabilny by utrzymać ciało w stosownej pozycji. Cała zabawa udaje się aż stajemy wreszcie na Małej Babiej (1515m). Szybkie foto i ciśniemy dalej by połknąć jak najwięcej z trasy nim zapadnie zmierzch. Krążące wokół burze nie dają już złudzenia, że uda nam się nich uniknąć. Obniżamy wysokość trasą, której nie powstydziłby się żaden rollercoaster by wpaść po czterech i pół godzinie na siodło Mędralowej (1169m). Przed nami kolejny zbieg. Niebo ciemnieje, grzmoty stają się bardziej intensywne i błyski niczym flashe lamp błyskowych niewidzialnych fotoreporterów rozświetlają od czasu do czasu nieboskłon. Wpadamy w las i pierwsze krople deszczu lądują na nas. Na początku daje to zbawienne uczucie po tej nagonce w parowniku. Niestety deszcz zamienia się w ulewę, chmury przyspieszają noc. Zatrzymujemy się na stoku by założyć czołówki oraz kurtki. W blasku latarek zbieganie staje się bezpieczniejsze. Pod kurtką za to zaczyna się prawdziwe gotowanie na parze. Jest duszno. Napieramy w dół. Raz po raz błyskawica poprzedzona grzmotem uzmysławiają nam, że jesteśmy niczym w obliczu natury. Ponieważ cały czas poruszamy się krawędzią granicy polsko-słowackiej telefon naprzemiennie traci i odzyskuje zasięg wzorem tonącego, któremu od czasu do czasu udaje się wynurzyć z topieli by zaczerpnąć haust powietrza. I tak jak ten topielec, który wraz z kolejną próbą złapania tlenu zachłystuje się wodą tak i telefon staje się ostatecznie bezużyteczny. Droga uspokaja się na krótką chwilę by rzecz jasna poprowadzić nas ponownie w górę Podchodzimy na Jaworzynę. Jest ciemno z wyjątkiem chwil, kiedy piorun rozdziera niebo. Ładujemy się prosto w burzę. Jest strasznie duszno. Mam wrażenie, że się zaraz ugotuję. Sięgam po bidon. Biorę łyka i widzę, że zostało w nim co najwyżej 50ml płynu. Mało. Stanowczo za mało. Kolejne błyski. Pod nogami błoto. Zaczynam się ślizgać na tym podejściu. Wkurzam się teraz sam na siebie, że nie zdecydowałem się ostatecznie na x-clawy. Kolejne grzmoty i kolejne błyski. Staram się przypomnieć sobie wszystko co mówił organizator na odprawie w związku z burzą. Jedyne co mi się przypomina to biografia Kukuczki i burza podczas wspinaczki na Nangę Parbat kiedy to jedyne czego mógł się złapać to metalowy hak, który tak był naelektryzowany wyładowaniami, że aż przeskakiwały po nim iskry. Z każdym błyskiem starałem się wyczuć naelektryzowane powietrze co wydawało mi się oczywistym zwiastunem najgorszego. Kur... kiedy to podejście się skończy. Co mówili na odprawie? Po pierwsze obniżyć wysokość najkrótszą możliwą drogą. Po drugie wyłączyć telefon. Po trzecie odrzucić kijki. No dobra za chwilę szczyt i naturalną koleją rzeczy będzie obniżanie wysokości. Zatem w górę. Ile sił. Dobijamy do Jaworzyny (1046m). Na budziku 30km i niemal 6 godzin za nami. Biorę ostatni łyk. Upycham pusty bidon w kieszeni plecaka i uciekamy przed burzą w dół, przed siebie na łeb i na szyję. Trasa postrzępiona jak stary grzebień więc biegnie się nierówno. Jest duszno. Deszcz zwiększa wilgotność i potęguje odczucia. Rozpinam kurtkę. Nic się nie zmienia. Wciąż czuję się jak stalowy czajnik na kuchence gazowej. Gdybym miał gwizdek zamiast czapeczki już bym pewnie gwizdał. Przechodzimy do marszu przerywanego co raz krótszymi falami biegu. Zostawiamy burzę za sobą. Czuję, że słabnę. Jak mi chce się pić. Daniel wyciąga flaska i rozdziela resztki picia na nas dwóch. Jak przyjemnie. Na chwilę. Byle do punktu. Za pięć kilometrów czeka PK. Na asfalcie byłoby to trochę powyżej 20 minut. Ale to nie jest asfalt. Równie dobrze może być półtorej godziny. Idziemy dalej. Jak mnie suszy. Myślę tylko o tym by się czegoś napić. Tylko czego? Jak na złość nie płynie żaden strumień. Wyciągam BCAA. Zawsze to chociaż łyk jakiegoś płynu. Czuję jak opuszczają mnie siły i zwalniam. Nie mam siły powłóczyć nogami. Odcina mnie. Dystans wlecze się niemiłosiernie. Za plecami zaczynam słyszeć kroki. Dogania nas Darek. W końcu ktoś najomy co rozmową sprawi, że zapomnimy o tych suchych... zaraz, zaraz! Daras ma wodę w bukłaku i dzieli się nią! O, zbawca! Lekko odżywam. Zaczynamy napierać. Woda to życie i dowiesz się tego gdy Tobie jej zabraknie na szlaku. Wpadamy na przełęcz Glinne. Ustalamy, że damy sobie ok.25 minut restu by się odbudować. Picie to jest życie. Wypijam litr coli. Normalnie pękłbym a w tych okolicznościach mam wrażenie, że wchłonęła się jak w gąbkę. Czekam chwilę na znajome uczucie strzału cukru we krwi. Jest. Przebieramy mokre koszulki. Na punkt wbiegają Haszek z Karolem i Zbychem. Czują się dobrze i napierają dalej. Ogarniamy się i opuszczamy punkt.

 

   Jest zimno. Idziemy asfaltem w poprzek ulicy. Na początku trzeba rozruszać stopy odbite od wszędobylskich kamieni. Po chwili zaczynamy truchtać by ponownie nadać ciału odpowiednią temperaturę. Nie pada i nie grzeje jak za dnia. Znowu wróciła wola walki. Mamy świadomość, że zaczynamy kolejne, długie podejście. W mroku nocy widzimy tylko to co niedaleko przed nami. Sami nakręcamy się tym podejściem. Im bardziej syfiaste podłoże tym bardziej się w to wkręcamy. Z lewej strony znad drzew wychyla się krwista tarcza księżyca. Niemy obserwator dzisiejszych zmagań. Robi wrażenie. Daniel puszcza mnie do przodu. Czuję się rewelacyjnie. Podkręcam tempo. Nawet wyprzedzamy kilka osób. Aż nie do wiary, że po takiej zapaści jest tak dobrze. Poruszamy się lejem wyżłobionym przez spływające tędy potoki, które aktywne są pewnie po każdej ulewie i roztopie. Teraz jest błotniście. Nieco wyżej strumień rozszerza się a my nie próbujemy go nawet ominąć. Ładujemy się prosto w niego. Zimna woda przypomina morsowanie i skutecznie chłodzi a nawet wręcz mrozi stopy. Lepszy kalafior niż pęcherze i otarcia więc osobiście traktuję tą wodę jako kolejny plus. Oglądamy się za siebie i widzimy trzy białe źródła światła w oddali. Ktoś nas goni. Jeszcze trochę podkręcamy by jak najszybciej wdrapać się na Pilsko (1535m). Stajemy na szczycie nieco przed upływem dziewiątej godziny trwania zawodów. Ależ mamy satysfakcję z tej roboty. Chwilę motamy się na wierzchołku szukając szarfy znakującej. W końcu wyłapujemy drogę w dół. Trudno nazwać to przyjaznym szlakiem. Porozrzucane bezładnie kamienie o nieprzewidywalnych kształtach wymuszają maksymalną koncentrację. Nie ma szans puścić się swobodnie w dół bez hamowania ponieważ co chwila trzeba hamować. I tak wijemy się obserwując senną panoramę jakiegoś miasteczka usianą blaskami lamp. Trzysta metrów niżej niż Pilsko wyrywa nas z cichego napierania dźwięk zbliżających się osób. Trzy lampki zbliżają się nader szybko. Szok, że tak ktoś może grzać w tym terenie. To my tak osłabliśmy czy to ekipa z trasy 50 mil ciśnie na rekord? Odskakujemy ze ścieżki i wyprzedzają nas trzej kolarze górscy! Trzech uczestników Stumilaka w kategorii MTB. Pokonujemy Trzy Kopce (1216m) rozmawiając o tym jaki to hardcore wbiec na Pilsko z rowerem a potem z niego zjechać. Dla nas to szok, który zajmuje nam na jakiś czas głowę dając temat do rozmowy. Przynajmniej nie chce się spać. Lecimy dalej. Nieustanne etapy kilkunastu minut marszu pod górę przecinanych kilku minutowym zbiegiem ciągną się w nieskończoność. Trzyma nas to, że już odcinamy kupony do najbliższego PK. Wymiana baterii w czołówkach, trochę soli, łyk izotoniku i napieramy dalej. Po dwunastu godzinach docieramy na przełęcz Glinka (845m) gdzie mieści się trzeci punkt kontrolny. To chyba najodpowiedniejsza pora na gorącą kawę decyduje Daniel.

 

   Chwila na spokojny odpoczynek i lekkie ogrzanie się nie wchodzi w grę. Punkt znajduje się na otwartej przestrzeni przy drogowym przejściu granicznym. Daniel od razu atakuje stolik z ciepłym piciem. Ja w tym czasie zrzucam z siebie plecak i ładuję colę.

 

- Jest kawa, gorąca kawa. Tego mi potrzeba. - mówi Daniel z głosem ekscytacji na samą myśl o gorącej, kofeinowej używce.

- Nie ma. - odpowiada znajomy głos. Punk obsługuje nikt inny jak sam On - Michał Kołodziejczyk - organizator.

- Jak to nie ma? - dopytuje Daniel z nutą nieskrywanego rozczarowania.

- Po prostu już nie ma. - odpowiada ze stoickim spokojem Michał - Zresztą i tak musicie już iść bo się nie wyrobicie w limicie - dodaje.

 

   Daniel wraca na miejsce. Siadamy pod słupem z jakąś reklamą. Lekkie przeorganizowanie plecaków w celu polepszenia ergonomii. Brzmi fantastycznie a w gruncie rzeczy to zwykłe wyjęcie pudełka z sudocremem by nie gniótł już więcej w plecy. Tankujemy izotoniki na trasę. Org co chwila ponagla kogoś, że czas się zwijać z punktu. Ktoś się pyta o błoto na reszcie trasy, o podejścia, o limit a w odpowiedzi jak zawsze beztroskie pełne optymizmu: "Oczywiście, że nie ma błota. Wszędzie padało tylko nie tutaj", "teraz już będzie bardziej płasko", "Limit jest ciężki, nie dasz rady". Przysłuchujemy się z uśmiechem. Daniel jeszcze rusza po herbatę. Akurat Michał nalewa ciepły napój innemu uczestnikowi i ze swym rozbrajającym spokojem mówi: - Tego kleszcza sobie sam wyjmij z kubka bo jak Ci się wbije w przełyku to będzie kłopot.

 

   Po dwudziestu pięciu minutach opuszczamy PK. Naładowani węglowodanami przekraczamy ulicę i wbijamy się w las. Przed nami kolejny ponad dwudziesto kilometrowy odcinek. Ten bardziej płaski i suchy jak zapewniali. Nogi trzeba rozruszać i dodać ciepła zatem truchtamy. Początek drogi faktycznie płaski, bez kamieni, korzeni i względnie suchy. Po trzystu metrach kończy się etap "bardziej suchy". Błoto wyrasta ze ściółki lepiąc podeszwy stóp i zmuszając przywodziciele do stabilizacji nóg. Brniemy do przodu. W końcu przychodzi chwila, że czołówki lądują w plecaku. Nastaje świt. Zaczyna się podejście. Sprawdzamy coś w telefonach, gadamy o sytuacji na punkcie i limicie do kolejnego. Mamy zaledwie półgodzinny zapas. I tak idąc w górę stwierdzamy, że od jakiegoś czasu nie widzieliśmy żadnej szarfy. Fuck! Za mało czasu by teraz krążyć w poszukiwaniu drogi. Nie widać szarf. Wyjmuję telefon by sprawdzić tracka. Internet szwankuje by po jakimś czasie pokazać naszą lokalizację. Jesteśmy w miejscu gdzie kręgosłup zamienia się w mało szlachetną nazwę. Brniemy "na szagę" by najkrótszą drogą powrócić na właściwy tor. To już chwila gdy nawet 200 metrów pomyłki boli fizycznie i psychicznie. Jesteśmy. Dogania nas także jeden z uczestników, którego spotkaliśmy na punkcie. Chwilę rozmawiamy i truchtamy razem. Mówi, że będzie ciężko z limitem i zasuwa dalej. My robimy swoje. Teren jest o wiele łatwiejszy. Nie jest płaski ale mniej kamienisty i niebezpieczny a podejścia i zbiegi dużo krótsze. Najwyższe wierzchołki zostawiliśmy za sobą w dniu wczorajszym. Jakiś marazm wdarł się w nasze głowy. To biegniemy to idziemy na przemian. Głowy bardziej spuszczone niż dziarsko uniesione w górę. Coś tam gadamy. Średnie tempo to 13min/km. Słabo biorąc pod uwagę, że można by biec. Spoglądam na mapę. Najbliższy pik w górę to Oszust. Niby taka popierdółka jednak w głowie dźwięczy mi rozmowa dwóch zawodników na szlaku:

 

- A z Oszusta jak będziesz zbiegał?

- Jak to jak? Tak jak za każdym razem. Zjadę na dupi...e.

 

Zaczynamy o tym gadać. Trochę się śmiejemy i trochę jesteśmy tego odcinka ciekawi. Czy ta rozmowa to był żart, których nie brakuje, czy też może szczera debata. Poruszamy temat odbywających się w ten weekend Biegu Rzeźnika i Ultramaratonie Chojnik. W obu imprezach startuje sporo naszych znajomych. Wraca energia i nawet częściej truchtamy przez co tempo dochodzi do "szybkich" 10:00min/km. Co raz bardziej boli mnie nadgarstek i dłoń. Ciało nie jest przyzwyczajone do takiego długiego napierania z kijkami. Może warto byłoby dodać nordic walking jako element przygotowań? I tak pogrążony w myślach spoglądam przed siebie. Na końcu prostej zaczyna majaczyć brunatna ściana. Ładuję w siebie żel. Przyda się turbodoładowanie. Im bliżej tym bardziej dociera do nas fakt iż docieramy do obgadanego wcześniej Oszusta. Stajemy u podnóża. Nachylenie naprawdę robi wrażenie. Zatrzymujemy się na chwilę. Składam kijki i przypinam do plecaka. Czas przyjąć izotonik. Mój plan na podejście to naparzać na maksa od słupka granicznego do słupka i tak też ruszam. Dłonie na uda i odpycham się za ich pomocą. Jest stromo. Kamienie wylatują spod nóg. Nachylenie jest tak duże, że co chwila pomagam sobie dłońmi opartymi na ziemi. Tętno rozsadza mi uszy. Jeszcze kilka kroków. I jest słupek. Siadam. Dyszę ciężko. Biorę łyk napoju i patrzę jak podchodzi Daniel. Dociera do słupka i znowu cisnę w górę. Ja pier... ale stromo. Dobrze, że nie mam paska z czujnikiem tętna bo bym chyba oszalał. Kolejny słupek. Izo. Chwila na złapanie oddechu. Wyjmuję telefon i nagrywam Daniela. U nas nie ma nigdzie takich podejść. Na takim jeszcze nie byliśmy. To trzeba uwiecznić. I znowu moja kolej. Kolejne metry w górę. Kolejne Dum! Dum! Dum! wali w uszach. Łapię oddech. Staję. Jeszcze jeden słupek i jesteśmy na górze. Chwila płaskiego terenu i przed nami znowu wyrasta pionowy niemal odcinek. A więc dlatego Oszust myślę sobie. Niby jesteś do góry a przed Tobą jeszcze jedna taka sama walka. Nie zmieniamy planu i podchodzimy w ten sam sposób. Nie myślimy o wydatku energetycznym tylko o tym by jak najszybciej mieć to podejście za sobą. To chyba dobra metoda bo krócej płoną uda i krócej człowiek myśli o trudzie. Jesteśmy na szczycie – 1155m. Jest luźno i łagodnie. Po czym stajemy nad krawędzią stromego zbocza. Chwilowa konsternacja. Zbocze tak strome, że musimy się zastanowić jak to rozegrać żeby się nie roztrzaskać. Ruszamy na hamulcu i po kilku upadkach jesteśmy na dole. Uda ciężkie a stopy jakby płonęły od tego tarcia. Zaczynamy znowu marszobieg pofałdowaną trasą. Robimy pauzę na jakimś zwalonym pniu by ogarnąć trochę brud w butach. Każda zbędna rzecz w cholewce oznacza poważne otarcia nim dotrze się do mety. Czas biegnie nieubłagalnie. Szybciej niż my. Musimy się zbierać ponieważ limity są nieubłagalne. Siedemdziesiąt kilometrów robimy w piętnaście godzin. Długo. Tym bardziej ruszamy jeżeli nie chcemy zostać na najbliższym PK.

 

   Napieramy w miarę płaskim odcinkiem. Płaskim jak na warunki górskie rzecz jasna. Roślinność wokół nas przypomina tą z naszych lasów. Świadczy to o tym iż wysokość nie jest już tak duża jak w początkowym etapie. Stłumieni spokojem brniemy przed siebie ciesząc się odcinanymi metrami. Podchodzimy na Świtkową (1082m). Rzedną drzewa. Słowacki znak turystyczny informuje nas, że mamy 35 minut do przełęczy. A to oznacza obniżenie terenu. Docieramy do krawędzi. Ło Matko! Oszust był stromy na zejściu? Jak tędy zbiegać? Nie mówiąc już o zbiegu kiedy jest deszczowo? Spoglądamy przed siebie starając się ocenić, która to Mała Rycerzowa. Będzie trzeba się na nią dostać. Po krótkiej wymianie zdań wybór pada na najwyższy szczyt przed nami. Oj nie będzie lekko. Nie będzie. Wykorzystując idealną pogodę i świetną panoramę strzelamy kilka fotek i zsuwamy się w dół próbując od czasu do czasu przebiec kawałek. Tak po prawdzie to lecimy na zabój hamując i ślizgając się jak na lodzie w kierunku jakiś punktów, na których będzie można wyhamować. Lądujemy na pniach, drzewach, krzewach, głazach. Znowu to wrażenie, że stopy płoną żywym ogniem. Chciałoby się o tym nie myśleć jednakże ciągnący się spad tylko potęguje to uczucie proporcjonalnie do czasu spędzonego na zbieganiu. Daleko do świeżości i równie daleko do mety. Ale rzeźnia. Jak przygotować się do startu w takim terenie mieszkając w sercu Wielkopolski? Można wzmocnić mięśnie i ich wytrzymałość. Można być gotowym mentalnie. Jednakże nie sposób przyzwyczaić stóp. I to właśnie stopy zbierają dziś najwięcej. Strach będzie zdjąć buta by nie ujrzeć jakiejś krwawej miazgi. Dosyć! To nie pomaga. Trzeba brnąć do punktu a potem się przejmować. Kiedy tylko stok łagodnieje biegnę aż do miejsca na ognisku umieszczonego w samym centrum Przełęczy Przysłop (940m). Padam na trawie i chwilę leżę na plecach. Po chwili dobiegł Daniel. Decydujemy się na 10 minut odpoczynku. Bierzemy po żelu i batonie. Oceniamy zapas wody. Tym razem ustawiam na zegarku wskazania wysokościomierza by wiedzieć ile napierania w górę przed nami. Siadam na ławce i wykorzystujemy jeszcze chwilę na kontakt z bliskimi poprzez media społecznościowe. Masa znajomych dopinguje nas online. To jest budujące. 

 

   Czas nagli. Limit zbliża się wielkimi krokami. Ruszamy wolno płaską, szeroką ścieżką. Mam wrażenie, że w głowie zostały już tylko zwoje mózgu zdolne odczuwać ból stóp. Ciężko marsz zamienić w bieg nim stopy znowu się rozejdą. Szybko zaczyna się podejście. Ruszamy mocno. Rzadko kiedy mam tak, że lepiej mi się podchodzi niż zbiega. Ciśniemy. Tempo zawrotne – 18min/km. Szlak wije się początkowo by po chwili poprowadzić nas mocno w górę. Brniemy dalej. Nawet przyspieszamy. Tempo 17min/km. Jest sztos! (śmiech) Stajemy na wierzchołku Małej Rycerzowej (1226m). Kolejny element układanki zaliczony. Za chwilę powinien być punkt. Jak to cieszy i dodaje skrzydeł. Mamy zapas tak więc na spokojnie. Niech te stopy odpoczną. Zegarek wskazuje 78km. Punkt powinien być niedaleko. Szlak kręci się na wszystkie strony a nic nie wskazuje na to byśmy mieli za moment zobaczyć punkt. Siadam na chwilę i wyjmuje telefon by sprawdzić lokalizację względem trasy. W tym samym czasie pojawiają się jacyś turyści schodzący w dół. Pytamy jak daleko do schroniska. – No, kawałek jeszcze będzie. Pada w odpowiedzi. No to pięknie. Musimy napierać. W połowie podejścia słyszymy za plecami jakiś krzyk. To Daras! Zwalniamy i dobija do nas. Szybka wymiana zdań i lecimy dalej bo według tracka jeszcze około 4km a przy naszym tempie to może oznaczać DNF. Panika! Wdarła się panika! Niepostrzeżenie jak depresja usiadła nam na karkach i nie chce puścić. Daniel pierwszy wyrwał do przodu. Potem ja i za mną Darek. Stopy płoną ale nie ma mowy o tym by się zatrzymać. Odcinam się od bólu i cisnę. Biegniemy trawersem. Wciąż las. Nie widać schroniska. Cały czas wysokość oscyluje wokół 1000m. W końcu wypadamy zgodnie z zawieszonymi oznaczeniami na otwartą przestrzeń. Przegibek! Uratowani śmieję się i cieszę. Zbiegamy na szutrową drogę i widzimy wracających zawodników. Jest dobrze ale nie ma mowy o tym by przejść do marszu. Ciśniemy aż do schroniska. Wbiegamy na punkt i staję wsparty na kijkach czekając aż oddech wróci do normy. Osiemdziesiąt kilometrów pokonaliśmy w siedemnaście i pół godziny. Podnoszę głowę. Na punkcie siedzi Karolina. Właściwie to nie siedzi tylko przemieszcza się z miejsca na miejsce był złapać wszystkich w celne kadry. Udało wyrwać się trochę z czasu i trzeba ten uzysk maksymalnie wykorzystać. Na początek cola. Oj, jak ten cukier buduje. Krakers. Słony krakers na przełamanie słodyczy. Siadamy na ławie wyciosanej z jakiegoś wielkiego pnia. Obsługa PK oferuje makaron i rosół. Oczywiście bierzemy jedno i drugie. Od kilku godzin marzyliśmy o gorącym posiłku. Na punkt dociera Darek. Oznajmia, że kończy tutaj. Wolontariusze próbują przekonywać ale na nic się zdają ich starania. Wjeżdża makaron. Jest boski. Do punktu dociera Haszek. Niestety także stwierdza, że dla Niego to już koniec. Także opiera się namową. Wbija także Karol. Trzecia osoba w ciągu chwili, która także decyduje się skończyć tutaj. Ale dolina. Wygląda na to, że zostaniemy sami z naszej bandy. Obsługa podaje rosół. Miód, cud, malina. Nektar gorącego, odżywczego napoju, który rozgrzewa wnętrzności. Mityczna ambrozja. Uzupełniam bidony. Wyrzucam śmieci i zbędny balast. Rozmawiamy chwilę i staramy się namówić ekipę by ruszyła dalej. Karolina uwiecznia nas na grupowym zdjęciu. Ostatnie minuty wykorzystuję na leżenie na trawie. Zamykam oczy i chłonę zapach trawy oraz ziemi. Niech ta chwila trwa. – Ruszamy! – Daniel rzuca hasło. Jeszcze jedna próba namówienia kompanów. Wstaje Karol i ruszamy w trójkę. Ostatnie +20km przed nami.

 

   Wyruszamy kilka minut przed zamknięciem punktu. Idziemy szutrową drogą wracając na szlak. Mijamy zawodników biegnących zawzięcie i walczących jeszcze z limitem czasowym. My tymczasem docieramy do wcześniejszego toru zamykając „agrafkę” z PK za sobą. Przed nami Jaworzyna (1173m) czyli 200m w pionie. Jest ciężko i praktycznie pozostaje nam tylko marszobieg. O wiele mniejsze boleści stóp towarzyszą podejściom w przeciwieństwie do zbiegów. Oj, wtedy pali skórę. Jeżeli udaje nam się natknąć na jakiś ciek wodny to bez skrupułów wchodzimy wprost do niego by choć na chwilę poczuć chłód i ulgę. Lecimy w trójkę. Karol znając tereny mówi nam co jeszcze nas czeka. Pokonujemy wspólnie kilka kilometrów. Czas nawet jakoś tak szybciej leci. Mamy okazję wysłuchać relacji z kilku czeskich i słowackich imprez biegowych. Wybija dziewięćdziesiąty kilometr. Jesteśmy na trasie już niemal dwadzieścia godzin. Do mety zostało kilkanaście kilometrów. Teoretycznie. Biorąc pod uwagę podejście organizatorów meta nie będzie się znajdowała na sto trzecim kilometrze. Trzeba cisnąć. Podchodzimy pod Wielką Raczę (1236m). Z wielką ulgą przechodzimy przez strumyk. Stajemy na kilka minut stopami w wodzie aby ulżyć im w cierpieniu. Woda łagodzi „doznania” temperaturowe. Przynajmniej na kilkanaście pierwszych minut. Doświadczenia z Łemkowyny mówią, że lepszy „kalafior” niż pęcherze i otarcia. Lecimy dalej. Ciężko. Karol napiera do przodu. Niedawno chciał kończyć a teraz dostał tak zwane drugie życie. My myślimy tylko o schronisku na szczycie. To punkt gdzie można coś kupić a w pakiecie obowiązkowym musieliśmy mieć gotówkę. Oczami wyobraźni już widzimy colę z lodówki. Jak ma się cel wszystko staje się łatwiejsze. Podobno…

 

   Na ostatnich metrach podejścia słyszymy gwar turystów. Miesza się słowotok polsko-słowacki. Nozdrza łechta zapach ogniska i pieczonych kiełbasek. Stajemy na szczycie. Wyglądamy zapewne tragicznie w zestawieniu z uśmiechniętymi wędrowcami. Wymęczeni dobowym napieraniem, zniszczeni przewyższeniami i brudni od błota. Dosłownie nędznicy. Wchodzimy do schroniska i idziemy się trochę odświeżyć. Daniel kupuje napoje prosto z lodówki. Raczymy się lodowatym napojem. Znowu cukier uderza natychmiast do głowy. Ku zdumieniu widzów zamiast pić zakupioną wodę zaczynamy na zmianę wlewać ją sobie do butów. Jest cudownie. Lodowata woda całkowicie łagodzi ból. Chwilo trwaj myślę lecz na trwanie w miejscu nie mamy czasu. Ruszamy w dół spoglądając nerwowo na tłoczące się w oddali chmury. Zdążymy przed burzą? Ruszamy w dół. Stromo jak za każdym razem. Piękna biegu i samego biegu w biegu już niewiele. Mimo tego cieszymy się, że zegarek wskazuje tempo 9min/km. Musimy gonić czas. A może to czas nas goni? Uciekamy na zawody w górach przed zgiełkiem pędzącego na złamanie karku życia i znowu próbujemy przed tym impetem zwiać. Pozostając niewolnikami krępującego nasze pokolenie czasu brniemy przed siebie wytyczoną trasą. Teren zaczyna się wznosić. Podchodzimy pod ostatni już dzisiaj szczyt. Ale się czuję sponiewierany. Siadam na słupku. Trzeba zjeść jakieś węglowodany. Siedzę z myślą o tym, że chcę się poczuć lepiej. Daniel krząta się obok. Próbujemy ustalić ile to nadrobiliśmy i jaki mamy zapas. Ciężko nam ustalić więc wyjmuje zegarek i wczytuje tracka. Szok. Szacowany czas ukończenia zawodów: godzina 15:45! Nie wyrobimy się! Szybkie zebranie się w sobie i napieramy pod górę. Nie zatrzymujemy się już. Cały czas maszerujemy i biegniemy jeśli umożliwia nam teren. Totalnie wykończony staję na Kikuli (1085m). Teraz już tylko w dół.

 

   - Nie ma czasu lecimy! – krzyczy Daniel i puszcza się stokiem w dół. Nie mam innego wyjścia i robię to samo. Mam wrażenie, że przy każdym hamowaniu zdziera mi się kolejny płat skóry z podeszwy stopy. Zaciskam zęby. Kamieniste podłoże pełne wystających, nieregularnych kształtów śmieje się ze mnie. Każdy z nich tylko czeka żeby wbić się w najbardziej bolesne miejsce. Staram się nie dawać im tej satysfakcji. Lecimy dalej. Daniel odżył. Ja natomiast czuję jakby mi się rozładował akumulator. Lecę na biegu hamując silnikiem. Kiedy to się skończy? Dystans między nami zrobił się już na prawie dwieście metrów. Nie chcę stanąć tutaj i zmuszony biegnę. Docieramy do delikatnego wzniesienia i w końcu Daniel przechodzi do marszu. Ufff. Biegnę jeszcze przez jakiś czas by Go dogonić. Znowu napieramy razem. Nawet okazuje się, że udało nam się tym biegiem powiększyć nasz zapas czasowy jednakże o postojach nie ma mowy. Z plecaka wyjmuję butelkę wody i znowu po pół litra ląduje w butach. Niecałe trzy kilometry przed metą widzimy jakąś turystkę idącą w przeciwnym kierunku. To Asia! Niemożliwe. Przyjechali po nas z Kubą na metę a że ta nasza ultraska nie może usiedzieć w miejscu wyszła nam naprzeciw pokonując z nami ostatnie kilometry. Morale wzrosły i chce się śmiać. Wbiegamy na szutrową drogę. Za chwilę pojawia się asfalt i widać budynki. Ostatnie trzysta metrów. Euforia! Nareszcie koniec! Ostatnie dwieście metrów! Ale zawody. Jaka trasa! Ostatnie sto metrów! Najtrudniejsze zawody w jakich wzięliśmy udział. Tylko co tutaj tak cicho? Nie słychać zgiełku i wrzawy. META!

107 kilometrów pokonaliśmy w 23 godziny 34 minuty. Gratulujemy sobie na mecie z medalami zawieszonymi na szyjach. Zrobiliśmy to.

 

- Ultrabliźniacy! – mówi Aśka gratulując nam tej wyrypy.

- Złoty duet! – odpowiadam.

– Chłopaki Stumilaki – dodaje Daniel

 

 Przygoda dobiegła końca. Zmęczeni i obdarci ze wszystkiego przes trasę Stumilaka wracaliśmy do Szczyrku. tylko uśmiech od ucha do ucha, który notabene nie pasował do obrazka świadczył o ogromnej satysfakcji. Ultrabliźniacy przylgnęło do nas. i nawet się spodobało. Daliśmy z siebie wszystko. Były momenty kiedy ja miałem moc i parłem jak czołg przed siebie i były też chwile kiedy Daniel odżywał i robił pokaz mocy zasuwając przed siebie bez względu na to czy trasa wiodła z góry czy też pod górę. Zmieściliśmy się w czasie. Na dystans pełnego Stumilaka nie zdecydowaliśmy się w pełni świadomie i to był bardzo dobry wybór.

   W Szczyrku podjechaliśmy jeszcze do bazy zawodów. Z nieba lał sie deszcz. Wysiedliśmy z auta. Pod skromnym namiotem stała grupka organizatorów z Szefem Szefów na czele oraz Karolina od zdjęć. Podziękowaliśmy za event. Czuliśmy, że tak trzeba. Org okazał się totalnym, pozytywnym świrem. Nie gryzł, nie miał piany w ustach i nie wyzywał, że musimy już iść bo nie zdążymy. Zdążyliśmy. 

Galeria