41 Bank of America Chicago Marathon – 7/10/2018


Wcześnie rano, o 7.30 czasu lokalnego, ponad 44 tysiące biegaczek i biegaczy stanęło na starcie przedostatniego w tym roku Major Marathon - maratonu w Chicago. Od dłuższego czasu organizatorzy tegorocznego biegu w Wietrznym Mieście zapowiadali jako główne wydarzenie rywalizację dwóch najwybitniejszych uczniów sławnego przed laty biegacza Alberto Salazara, 3-krotnego zwycięzcy maratonu w Nowym Jorku (1980-1982) i maratonu w Bostonie (1982), obecnie trenera.



Na linii startu stanęli obok siebie Mo Farah,
4-krotny mistrz olimpijski na dystansach 5000 i 10000m oraz Galen Rupp, zwycięzca ubiegłorocznego maratonu w Chicago. Przez kilka mil na czele utrzymywała się grupa 10 biegaczy, która w połowie dystansu stopniała do 4 i następnie, kilka mil przed metą do 2  (Farah i Etiopczyk Geremew). Finisz był już popisem Sir Mo Farah’a, który na ostatnim kilometrze przyspieszył i w iście sprinterskim tempie przekroczył linię mety. Z czasem 2:05;11 (nowy rekord Europy!) odniósł pierwsze zwycięstwo na dystansie 26,2 mili i zainkasował główną nagrodę – 100000 USD. Rupp przybiegł o ponad minutę póżniej i zajął ostatecznie 5 miejsce.  Ciekawostką jest, że najwyższą nagrodę – 100 mln jenów (równowartość ponad 850000 USD – ustanowioną przez Japońską Federację Lekkoatletyczną ) otrzymał trzeci na mecie Japończyk Suguru Osako za ustanowienie nowego rekordu Japonii – 2:05;50. Wśród kobiet zwyciężyła Kenijka Brigid Kosgei uzyskując doskonały czas 2:18;35.

Miałem ogromną przyjemność wziąć udział w tym biegu. Choć start długo stał pod znakiem zapytania. Kontuzja odniesiona wiosną ubiegłego roku mocno utrudniła przygotowania i pokrzyżowała plany startowe. Praktycznie przez cały rok treningi przeplatane były wizytami u ortopedy i fizjoterapeutów, liczba startów ograniczona do minimum. Stąd też, gdy mój wieloletni biegowy partner, Andrzej Marszałek, rzucił hasło: „ A może za rok do Chicago?” do pomysłu podszedłem z dużą rezerwą. Losowanie… Dotąd los sprzyjał, ale ile razy jeszcze. Może nie uda się…W grudniu ubiegłego roku okazało się jednak, iż…tak, wylosowałem!  (Andrzej został zakwalifikowany z uwagi na czas uzyskany w jednym z wcześniejszych biegów). W tej sytuacji nie pozostało nic, tylko się przygotować. Niestety, już pierwsze zimowe treningi pokazały, że bez radykalnej terapii linia mety może być nieosiągalna. Artroskopia w marcu, następnie długa, ponad 3-miesięczna rehabilitacja i wreszcie, pod koniec czerwca pierwsze treningi. Potem stopniowo coraz więcej i szybciej, pierwszy sprawdzian w Biegu Lechitów, drugi, 2 tygodnie później w Glasgow – po raz pierwszy na trasie z synem Kacprem (który wyprzedził mnie na „połówce” o ponad 20 minut!) i wreszcie wylot do Chicago. Pobudka w niedzielę w „środku” nocy i przejazd na start w biegowym tłumie (co ciekawe, w maratonie wzięła prawie równa liczba mężczyzn i kobiet). I start. Organizacja doskonała, jedyny feler – pogoda. Prognoza zmieniała się z dnia na dzień. Niestety. www.weather.com nie pomyliła się. Około 9.00 z nieba lunęło. Przez chwilę przemknęło mi przez myśl, by dać sobie spokój i zejść z trasy, ale przypomniałem sobie wywiad z naszym klubowym kolegą - Wojtkiem  Łąckim, w którym wspominał jeden z deszczowych poznańskich maratonów. Resztę wątpliwości rozwiał jeden z kibiców trzymający w ręku plakat: „Don’t complain! You paid for it! (Nie narzekaj! Zapłaciłeś za to!).  Po 3 godzinach i 55 minutach, przemoczony i przeszczęśliwy, dotarłem do mety.

To był już ostatni mój „Major Marathon”. Miałem przyjemność być 2-krotnie świadkiem bicia rekordu świata w Berlinie w 2011r. (Macau) i w 2013r. (Kipsang), szczęśliwy los pozwolił mi na start w „sterylnym” maratonie w Tokio i na fantastyczne wręcz przeżycia  w czasie maratonu w Londynie i w Nowym Jorku. Do Bostonu już nie polecę, nie zakwalifikuję się – mój ortopeda wystawił mi certyfikat pozwalający na udział w maksymalnie 3 maratonach w … statecznym tempie. A w Bostonie biegają „zawodowcy”.     

 

                                                                               Marek Prech