Plany

Układając sezon startowy założyłem, że każda pora roku będzie miała jakiś epicki łomot w górach.

Wraz z upływem czasu i realizacją wszystkich pomysłów nieuchronnie nadciągała polska złota jesień a wraz z nią BUT100 czyli Beskidy Ultra Trail na dystansie 100 kilometrów. Z jednej strony obawiałem się tego startu ponieważ znałem już organizacyjne możliwości organizatorów po zeszłorocznym Stumilaku a z drugiej byłem ciekaw nieodkrytego jak na razie przeze mnie rejonu Beskidów. Animuszu dodawało to, że ukończyłem wszystkie wyrypy jakie w tym roku stanęły przede mną oraz fakt iż do Szczyrku jechaliśmy kilkunastoosobową ekipą. Im bliżej startu tym bardziej nakręcałem się zawodami a wszystko podsycał jeszcze fakt iż w BUT Challenge wezmą udział moi znajomi, za których trzymałem kciuki (nawet okazało się, że trzy osoby znalazły się najdalej w rankingu tej karkołomnej imprezy).

Aklimatyzacja

Po raz pierwszy wolne z wyprzedzeniem. Niezrozumiały dla wielu fakt wybierania urlopu by jechać na koniec kraju i za własne pieniądze zdzierać przez dobę skórę z własnych stóp. Na szczęście skład wyjazdowy zna takie akcje więc nikt nikomu nie musi tłumaczyć. 14:30 wyjeżdżamy z Gniezna. Króle z tyłu i Dariusze z przodu. Droga do Szczyrku wlecze się strasznie za to gadka w aucie trwa nieprzerwanie. Nawet udało się mi i Jakubowi pozyskać nowych fanów ciężkiego brzmienia. A może tylko nam się wydawało bo po prostu nie mieli wyjścia jako pasażerowie ☺ Bez zbędnych p[rzygów wieczorem docieramy na miejsce. Chata drewniana robi wrażenie. Robimy zakupy i czekamy za resztą ekipy. Ponieważ przed nami widmo długich zawodów postanawiamy się nawodnić. Niestety w lodówce mamy do dyspozycji jedynie lokalne piwo. No cóż, jak żyć? Płyn to płyn ☺ Humory się poprawiają, dociera druga część ekipy, Robson wyjmuje ukulele, mamy prawie karaoke, ale klimat…

Wybija trzecia nad ranem. Skończyły się paluszki, chipsy, sałatka, bułki i płyn. Proces wstępnej aklimatyzacji dobiegł końca. Czas na błogi, regeneracyjny sen. W końcu jakieś zawody gdzie nie trzeba się po przyjeździe zrywać o drugiej w nocy by dotrzeć na start.

Pobudka, Korona i Stand-Up

Nie budzi nas śpiew koguta. Nie budzą nas promienie wschodzącego słońca (no bo i jak przez opuszczone rolety). Nie budzi nas nikt z naszego teamu robiąc nam niespodziankę w postaci kawy i śniadania. Budzi nas za to głos biegnący z mikrofonu wprost do dużych głośników i to jakieś  200 metrów od nas. Wychodzę na balkon i widzę zawody w skokach narciarskich. Namierzam źródło dźwięku. Komentator. Niczym nie dorzucę w jego kierunku więc wychodzi na to, że czas wstać ☺ Ogarniamy śniadanie i potwierdzamy realizację planu jaki powstał w nocy – idziemy na Skrzyczne. W końcu każda poważna wyprawa wiąże się z poznawaniem tego co czeka zawodnika na trasie a tak się składa, że według mapy Skrzyczne będzie na nas czekało tuż przed samą metą. 

Pogoda sprzyjająca zatem szybkie śniadanie i już ruszamy na szlak. Jest wesoło, humory dopisują. Po drodze mijamy szarfy znakujące trasę. Nie wygląda to najgorzej. Przed samym szczytem tabliczka uspokajająca: „BUT – do mety prosto”. Jak się potem okazało wyjazdy na venty pod szyldem Aktywne Beskidy muszą być opatrzone solidną porcją ograniczonego zaufania. Na wierzchołku odbijamy pieczątki kompletując kolejną cegiełkę do Korony Gór Polski i raczymy się obiadem w schronisku. Jest bosko i nie chce się schodzić na dół. Odwlekamy to w czasie wspomagając się Opatem. Nadchodzi jednak moment, że trzeba ruszać w dół. Dzwoni też reszta składu, która już jest w drodze.

Docieramy w końcu do Szczyrku ładując 12km przyjemnego trekkingu. Ogarniamy zakupy, obowiązkową pizzę na wynos by już przed startem nie myśleć o szykowaniu treściwego żarełka.

Wbijamy do domku by ogarnąć wyposażenie obowiązkowe i przepak przed odprawą techniczną. Jak zawsze zajmuje to trochę czasu i obarczone jest po części stresem a po części totalną szyderą. Ostatecznie jak zawsze spakowany jestem kiedy mamy wychodzić. Dociera Osa, Max i Sławek. Ruszamy na odprawę. Co by nie było czekamy na odprawę niemal tak samo jak na dobry stand up. Michał potrafi zabawić tłum odbierając resztki animuszu startującym w charakterystyczny dla siebie sposób. I tak też czuć jak morale u niektórych osób spada w dodatku przerywane co jakiś czas salwą śmiechu po jakimś tekście organizatora. Upewniamy się jak zawsze jednym: nie będzie lekko. Na szczęście Michał uspokoił wszystkich. Na trasie będzie też płaski odcinek. Całe 200m ☺

Uśmiani i odpowiednio nastawieni, z odebranymi pakietami wracamy do siebie. Czas na kolację, krótką nasiadówę, szykowanie szpeje na poranek, kąpiel i sen. Jak zawsze ciężko zasnąć kiedy w głowie już napieranie. Na szczęście przed 23-cią udaje się odpłynąć.

Budzi się świat

Budzi mnie szuranie a nie dzwonił jeszcze budzik. Podświetlam tarczę zegarka. Jeszcze nie ma 2:30 a już ktoś łazi. Okazuje się, że Mariuszowi adrenalina nie pozwala już spać. Jakoś nie mam stresa więc przestawiam budzik o kilkanaście minut i zamykam oczy w nadziei, że zasnę choć na chwilę. Niestety nie ma już takiej opcji więc leżę tylko w mroku czekając na komórkowe „Bip! Bip! Bip!”. Kuba i Darek też nie latają w panice. Dobrze jest dzielić pokój na wyjeździe z luzakami. Tak czy siak zaczynamy się powoli zbierać. Śniadanie, sprawdzenie pogody, ostateczny dobór ciuchów, kąpiel, smarowanie stóp sudocremem itd. Wszystko jak zawsze w okowach śmiechu. Ostatecznie zwarci i gotowi opuszczamy dom. Do strefy startu mamy całe 5 minut drogi. Przechodzimy weryfikację wyposażenia i czekamy na ostateczne odliczanie.

BUT100

Zaczynamy razem z całym tłumem odliczać od 10-ciu w dół. Race rozświetlają mrok tworząc swoisty szpaler. START! Krzyczymy głośno i ruszamy w noc. Spokojnie szuramy ulicami Szczyrku by za chwilę już piąć się w górę asfaltową szosą. Jesteśmy jednymi z ostatnich. Niemal zamykam stawkę razem z Jakubem. Nie ma ciśnienia bo wiemy, że do mety daleko i nie ma co palić się na starcie. Asfalt zamienia się w szuter by za chwilę ustąpić miejsca kamieniom. Ulubionej nawierzchni całych Beskidów. Kończą się zabudowania i zaczyna się podejście na Klimczok. Im wyżej tym większa bryza niosąca masy powietrza. Im wyżej tym rzadziej rosnące drzewa. Im wyżej tym co raz bardziej widać miasto migocące nocnymi blaskami. Do złudzenia widok przypomina rozlany po horyzont cmentarz zalany zniczami na święto zmarłych. Przed nami sznur latarek czołowych za, którymi podążamy. Po kilku kilometrach wyraźnie się wypłaszcza co ewidentnie czuć jak zawsze w tętnie i swobodzie unoszenia nóg. Mijamy kałuże, cieszymy się ciszą i widokiem nocnego życia kilkaset metrów poniżej. Ten stan rozbija blask lampy błyskowej i szeroki uśmiech Karoliny Krawczyk. Są zawody w górach to musi być i Ona zatem jeden z punktów imprezy – fota z trasy – już zaliczone. Czas na zbieg. Aż do Bystrej. Napieramy zatem kolejne 5 kilometrów tym razem nieustannie w dół. Na jednym z łuków uderzam piętą w ostry kamień. Zbiegam dalej lecz od tej chwili inaczej niż zawsze. Zamiast cisnąć bez hamulca ląduję na śródstopiu amortyzując presję. Niestety odbija się to na moich czwórkach gdyż tajemnicą nie jest żadną, że hamowanie na zbiegu oznacza destrukcję mięśni. Bez biadolenia lecę dalej. Mijam po drodze Mariusza i zatrzymują się dopiero w Bystrej na punkcie. Tutaj jest także Osa. Uzupełniamy płyny, ciasteczko do ręki i ruszamy dalej. Nie ma co stać bez powodu w miejscu. Przed nami kolejna piątka wściekłego rollercoastera wiozącego nas bez opamiętania to w górę, to za chwilę w dół. Dobijamy na jednym ze zbiegów do Górala. Chwila pogadanki i na zbiegu lecę dalej przed siebie. Powoli następuje jeden z najlepszych momentów jakie dzieją się podczas długich zawodów. Księżyc ustępuje miejsca Słońcu i noc zamienia się w świt. Jeszcze trzeba mieć zaświeconą czołówkę ale już nie ma takiej potrzeby wytężania wzroku by bezpiecznie napierać. Ostatecznie następuje dzień. Oświetlenie ląduje w plecaku a w rękach pojawiają się kijki ponieważ oczom mym ukazał się jeden z fragmentów trasy, o którym wspominał Michał podczas odprawy: „Będzie ciężko a nawet bardzo ale puściliśmy Was tamtędy po to żebyście mogli się odwrócić i podziwiać widok Bielsko Białej”. Nie o widoki tu chodziło. Oj nie. Na kilometrze trzeba pokonać przewyższenie około 40m puszczone ścieżką pod kolejką linową na Szyndzielnę. Zatem ruszamy z pułapu 550m n.p.m. by po po przeszło pół godzinie zameldować się na stacji – 938m n.p.n. To bolało. Podejście pod kolejkę w kolejce uczestników w tempie równym osobie będącej przed Tobą i za Tobą jest jakie jest chyba, że jesteś fizycznie słabszy od osób wokół Ciebie wtedy spalasz się na podejściu dopasowując się do innych. Ja trafiłem niemal idealnie. Swoje jednak przerobić musiałem. Na górze baton. Kijki do plecaka i… dzida w dół. Kilka kilometrów ubijania czwórek i szacowania, który kamień jest stabilny, a który lepiej pominąć. Tak sunąc w dół doganiam Darka i od tego momentu przez wiele godzin walczymy z BUTem w duecie. Daras odpala rakietę pod górę a ja doganiam go w dół i trzymamy się razem. By nie było nudno gadamy poruszając pewnie większość tematów jakie przychodzą do głowy od wpływu azjatyckich biedronek na faunę naszego kraju do „poruszonego” zdjęcia czarnej dziury i jego wpływ na wiedzę kosmiczną ☺ I tak docieramy do Wapienicy. Sporo przed limitem. Na PK jest także Mateusz. Wszyscy mamy jeszcze Power jednak widać, że Mati ma tego dnia wkrętkę i stara się uciekać. I dobrze. My z Darkiem mamy motywację do trzymania się ram czasowych a Mateusz powalczy o swój założony wynik. I tak opuszczamy punkt mając za sobą niecałe 30-ci kilometrów a przed sobą przede wszystkim trzy epickie pierdalnię…a w górę i w dół. Trzeba na krótkim odcinku wdrapać się na 800m, potem na +1000m i na koniec jeszcze dobić 900m. Robi się z tego niezły strzał przewyższenia. Czas wlecze się mocno. Odcinamy pierwszy wierzchołek i bez żadnej pauzy czy też płaskiego odcinka ruszamy w dół. Teraz Stołów. Umieram… A nie. Jednak tylko cierpię na podejściu. Chociaż może nie „tylko”. Długo cierpię na podejściu. Daras dla odmiany napiera jak dzik w żołędzie.

Jest i Stołów. Pot kapie ze mnie jak z otwartego kranu a uchwyty kijków wchłonęły go tyle, że przypominają teraz gąbkę w trakcie mycia naczyń. No i nie ma ziewania. Teraz w dół. Zastanawiam się po drodze co się stanie pierwsze: zedrze mi się skóra z podeszw stóp czy wybuchną mi uda. Czekami i czekam ale nic nie następuje. Chciałbym poczuć luz na zbiegu jaki zawsze miałem ale jestem już tak ubity, że zdaję sobie sprawę z tego, że to już do końca zawodów nie nastąpi. No i trzecie podejście. Teraz na Błatnią. Znowu mozolnie. Znowu wlecze się w nieskończoność. Co jakiś czas zatrzymuję się wsparty na kijach by wyrównać tętno po czym następne kilka metrów w pionie robię najszybciej jak się da. Taktyka może i głupia ale daje jakieś zajęcie dla głowy. W końcu meldujemy się na szczycie. Na zegarku 39km i 7 godzin orki. Do mety jeszcze… daleko. Wciąż dalej niż bliżej. Ale myśleć trzeba etapowo patrząc na cele, które są po drodze. To odchudza perspektywę. A na takich imprezach głowa musi zrobić niekiedy więcej roboty niż ciało, które potrafi znieść dużo, dużo więcej niż się wydaje. Idziemy już więcej niż biegniemy. Moment ciszy przerywa Darek: „Wypijemy piwo na punkcie? Takie smakowe z lodówki 2%”. No i masz. Szuranie do PK nabrało nagle nowego wymiaru. Daras dzwoni do swojej Żony, która wraz z dziećmi przyjechała z Gniezna by supportować swojego Hero. Suniemy do Brennej czując już w ustach piwny posmak i mimo, że ciężko to jakoś tak lżej. Przypomina mi się pytanie jakie kiedyś dostałem od swojego Szefa: „Jak to jest, że bieganie kojarzy się ze zdrowiem, zdrowym odżywianiem itd. A jakiego by biegacza nie spytać każdy tylko mówi o piwie na mecie?”. No przyznam szczerze, że faktycznie coś w tym jest. Dla nas to oczywiste ale dla kogoś z boku może to być zastanawiające. Z „głębokich” przemyśleń wybija mnie asfalt, który zadudnił pod stopami. Skończył się szlak i wbiegliśmy do Brennej. Na punkcie stoi Mateusz ale my szukamy tylko znajomych twarzy z pierwszej stolicy. Przybijam piątki z dziećmi Darka, witam się z jego rodzinką i odpływam na moment delektując się smakową Warką zroszoną kroplami zimnej wody. W nogach maraton z hakiem i niemal 8 godzin na liczniku. Cieszymy się chwilą, ładujemy węglowodany i dajemy sobie kilka minut ekstra na odpoczynek. Przed nami stosunkowo krótki odcinek. Wciskamy w siebie jeszcze po kanapce, tankujemy Izo w bukłaki i ruszamy. Nie biegniemy rzecz jasna gdyż jak nie trudno się pomylić trasa prowadzi prosto w górę przy orczyku na stok. Po raz pierwszy widzę jak na linie wciągani są rowerzyści. Ale im zazdroszczę tej chwili. My nie mamy tak dobrze. Po regeneracji na punkcie początek idzie nawet nieźle. Ciśniemy pod górę w kierunku Starego Gronia a potem na Salmopol. Tam ludzie mają jedyną szansę by legalnie zmienić trasę ze 100km na 75km. Nas to nie dotyczy. My już swoją decyzję podjęliśmy przy zapisach. Po drodze jednak nie raz już słyszeliśmy, że ktoś odpuszcza, schodzi z trasy albo skróci dystans na punkcie. Wbijamy się sprawnie na przełęcz. Na punkcie stoi już Mateusz i za chwilę dobija do nas Mariusz. Mario robi 75km zatem ma już ćwiartkę do mety. My jeszcze połowę trasy. Szybkie selfie i wciągamy ciepły posiłek. Gorące jedzenie i w dodatku nie słodkie. To czysta ambrozja zarezerwowana dla olimpijskich bogów jednak nam udaje się ją bezkarnie pozyskać. Chłoniemy całe dobro z tego PK. Opici jak wawelskie smoki uzupełniamy izotoniki i bierzemy jeszcze batony do plecaka. Nie może być kalorycznej wtopy. Przed nami najdłuższy odcinek trasy. Już nie tak strzelisty i poszarpany jednak prowadzący przez masę wzniesień prosto na Baranią Górę a potem do Węgierskiej Górki. Całe 28 kilometrów szarpaniny z podejściami, korzeniami, kamieniami i wszystkim co tylko sobie można „wymarzyć” na szlaku. Do boju.

W drodze na Baranią mijamy się z wieloma turystami przez co nie możemy narzekać na samotność. Do czynienia mamy też z różnymi typami pogody od słońca soczystego przez wiatr targający po deszcz i chmurę/mgłę. Szlak też zaczyna oferować różne nawierzchnie. Nie jest już tak ekstremalnie ciężko choć biegu w biegu górskim jest jak na lekarstwo. W końcu meldujemy się na wierzchołku Baraniej Góry. Widoków żadnych. Stać tutaj nie ma co. W tych warunkach wychłodzenie przyjedzie jak niespodziewany pociąg na niestrzeżony przejazd. Trzeba się zwijać. Ruszamy w dół. Nie jest tak stromo i można sobie marsz przeplatać truchtem. Na zegarku wybija 60-ty kilometr. Jesteśmy w ruchu od 11-tu godzin i 30-tu minut. Na szczęście do mety już tylko maraton ☺

Do Darka dzwoni telefon. Pod nogami szutrowa nawierzchnia więc odbiera. Okazuje się, że na Baranią wdrapała się już Aśka. Nie czekamy. Robimy swoje. Kwestia czasu kiedy nas dogoni. Bo to, że dogoni to już pewne. Lecimy wciąż obniżając wysokość. GPS lekko rozszedł się z profilem trasy i kalkulujemy kiedy będzie ostatni strzał w górę przed PK. Do Węgierskiej Górki napieramy asfaltem, który zdaje się nie mieć końca. Pojawiają się pierwsze zabudowania. W końcu niknie las a my wpadamy na most. Najbliżsi mojego towarzysza już czekają z wiwatami a my w stanie jak po zdobyciu ośmiotysięcznika wpadamy na przepak. Nogi stalowe, plecy też. Podają nam worki z dobytkiem. Szybka ocena stanu stóp i zostaję w tym co jestem. Zmiana koszulek na suche i ocena co ładować w plecak a co już będzie tylko balastem. Gorący posiłek ponownie rozchodzi się po organizmie. I po raz drugi smakowa Warka gra drugie skrzypce podczas tej minimalistycznej odnowy biologicznej ☺ Punk znajduje się przy rzece na otwartej przestrzeni. Patrzymy na przesuwające się po niebie ciemne chmury i cieszymy się, że nie pada deszcz. Po chwili wrzawa na moście. Na punkt wbiega kilku zawodników i zawodniczek a między nimi Aśka. No to jest nas już trzech. Gadamy. Wypytujemy się o resztę składu. Osa zmienił trasę na 75. Robert napiera gdzieś z tyłu. Ostatni z naszych na szlaku to Kuba i czuje się dobrze. Zresztą my wiemy, że zazwyczaj jest mocniejszy w drugiej części gry. Nie zdążyliśmy się nagadać a na PK wbiega roześmiany Góral. Robert też z punktu na punkt wydaje się coraz bardziej rześki. My z Darasem dobijamy już do momentu kiedy zaczyna się wychłodzenie. Zakładam wszystko łącznie z rękawiczkami i ruszamy. Przez most, przez park, na szosę i w las. Oczywiście pod górę ☺

Napieramy w kierunku Ostrego przez Magurki. Trzeba się wbić około 600m w pionie na poszarpane profilem wierzchołki i przemierzyć je wszystkie by potem zbiec do punktu. Generalnie około 14 kilometrów i płaskiego nic. Dociera do nas Aśka i lecimy w trójkę. Lecimy to rzecz jasna szumnie brzmi. Przychodzi czas na czołówki. Zapada zmrok i już do końca będzie z nami. Podchodzimy w nieskończoność. Klasycznie jestem trzeci. Wchodzimy w delikatny wąwóz i co raz bardziej kurczy się zasięg latarek. Po chwili nie widać już nic co jest poza 2 metry. Idziemy mozolnie szukając szlaku i oznaczeń. Po chwili słyszymy jakieś krzyki za sobą i pojawia się jakiś blask. Ktoś szybko się zbliża ale jeszcze nie możemy rozpoznać słów. W końcu widzimy siebie nawzajem i pojawia się konsternacja ze strony przybyszów. My na piechotę i bez map a oni na rowerach i z mapami. Oni szukają szlaku z rajdu a my swojej trasy. Rozstajemy się. My mamy tracki i idziemy dalej po trasie a oni nie uzyskawszy satysfakcjonujących wskazówek ruszyli swoją drogą. Ciekawe spotkanie i budzące na moment. W pewnym momencie robi się między naszą trójką spora odległość. Pilnując oznaczeń zauważam ostry skręt pod górę. Aśka jest już daleko a Darasa nawet nie widać. Wołam za nimi i nie czekając idę w górę. I nie idę po to by uciec. Idę po to by korzystając z małego zapasu czasu rzucam się na trawę i czekam aż dojdą zamykając oczy. Taka szybka regeneracja. Na trasę wystają tylko moje nogi. Słyszę jak zaczynają po tych luźnych kamieniach iść w górę. Pyk, pyk – odgłos kijków i stukot obsuwających się kamieni. Pyk, pyk i łoskot. Pyk, pyk i łoskot. „A gdzie jest Bergol?” słyszę głośnie ni to pytanie ni wołanie. „Tutaj.” Odpowiadam jakby leżenie w błocie było czymś normalnym ☺ W końcu docierają do mnie i wszyscy robimy krótką przerwę. Żel, picie i siedzenie. Wstajemy. Ruszamy. Teraz już jak skład kolejowy trzaskamy równomiernie kijkami i obsuwamy kamienie po czym teren zaczyna się obniżać. Na początku faluje góra dół dość spokojnie. Chyba tylko po to by uśpić naszą czujność. Po chwili zaczyna się prawdziwa robota. Szlak do Ostrego to głęboki wąwóz wypełniony całkowicie kamykami, kamieniami, kamlotami i głazami a do tego nachylenie jest tak mocne, że filetuje stopy. Zatrzymuje się na moment by zmienić baterie w latarce. Wolę widzieć na co wlecę. Nie gadamy na zbiegu bo dzieli nas za duży dystans. Zastanawiam się jak Kuba z Aśką dali radę z trekkingowymi plecakami i w sportowych butach schodzili tutaj robiąc Stumilaka. To musiała być prawdziwa miazga kiedy dodatkowe kilkanaście kilogramów ciągnie w dół dociskając stopy do tych nierówności. I tak uklepując tatar ze stóp i resztek wkładek w obuwiu dobijamy w końcu na PK umieszczony we wiacie przystanku. Wolontariusze pozwalają nam się tam schować. I dobrze bo nie możemy się teraz wychłodzić zbytnio. Jemy wszystko co oferuje bufet a jest bogaty. Naleśniki z różnym nadzieniem, pikantna zupa pomidorowa, ciastka wszelakie, banany, pomidory, sól, herbata, Izo itd. A do tego ekipa, która obsługuje punkt. Pożartowaliśmy, pośmialiśmy się, wypytaliśmy o dalszą drogę i na punkt wpadł uchachany Robert. Nakręcony tym co już zrobił mimo poważnych obaw przed samym wyjazdem. My zwijamy się już na trasę ale Robert jeszcze zostaje.

Ostatnia „prosta”…

Wstajemy i ruszamy. Szlak zaczyna się już po 200-tu metrach. Przed nami Skrzyczne. Jestem wypruty. Podobno szlak z tej strony nie jest aż taki ciężki. Pewnie na punkcie mieli rację. Wszystko się zmienia w odbiorze kiedy to przypada na koniec twojej wyrypy. Musimy podejść z około 530m n.p.m. na 1222m. Trochę tego jest. Tempo oscyluje wokół 20-25 minut na kilometr. Znowu walczę z tym by nie zamykać oczu tylko toczyć się w górę. Idziemy. Daras z przodu i to dość daleko. Ma dobry dzień. Potem Aśka i na końcu marudzę ja. Kończy się linia drzew i puszczamy Go do przodu. Szkoda by się z naszego powodu hamował. Każdy musi znaleźć swoje tempo na tak długim biegu by się nie zarzynać na czyjąś modłę albo wlec w męczarniach kiedy ma się zapał.

Zaczyna kropić i wiać. W blasku latarek krople zwodniczo przypominają płatki śniegu. Temperatura spada. Zwalniam aż do przesady. Ogarnia mnie senność. Lekka mgła lub chmura zaczyna wyłazić przed nami sunąc jak dym z krematorium w „Powrocie żywych trupów”. Tylko czekać aż z ziemi zaczną wyłazić zombie sunąc w naszym kierunku. Ja myślę o tym by na chwilę wejść do schroniska PTTK na Skrzycznym i przymknąć oko. Nic z tych rzeczy nie następuje. Ani atak zmartwychwstałych, ani drzemka w pomieszczeniu. Za to dobijamy do tabliczki z radosnym i obiecującym „BUT: Do mety prosto”. Tak więc ruszamy prosto szeroką trasą narciarską. Przez chwile kołując we mgle w poszukiwaniu oznaczeń i znajdujemy ledwo majaczącą w blasku etykietkę. Wbijamy się w wąską, opadającą ścieżkę i znikamy w drzewostanie. Musimy obniżyć pułap o ponad 600m co na niewielkim dystansie oznacza zjeżdżalnię. Krętymi ścieżynami o wyjątkowo łagodnym podłożu lawirujemy przez las. Stopy mam już odbite i o dłuższym biegu nie ma mowy. Wiemy, że przed nami wkrótce wyrośnie jeszcze „to coś” o czym na odprawie mówił Michał. A mówił, rzeczy arcyciekawe. Mianowicie „Jak już wejdziecie na Skrzyczne i powiecie sobie, że najgorsze już za Wami to spójrzcie jeszcze na mapę z profilem trasy. Na samym końcu jest takie coś. I to coś zapamiętacie z całego biegu”. I COŚ pojawiło się przed nami wtedy kiedy się tego nie spodziewaliśmy. Nie było ostrzeżenia. Nie zauważyliśmy go z daleka. Wyrosło ot tak po prostu kiedy z koryta jakiegoś cieku skręciliśmy w lewo. Tym czymś tudzież tym cośkiem jak to mawia mój Syn była pionowa ściana puszczona na przełaj w las. Snop światła z latarki nie pokazywał nam końca tej udręki. Kilka odsapnięć, wdechów i wydechów jak przed nurkowaniem. Aśka rzuca do mnie pytanie o to kto idzie pierwszy i nim skończę odpowiadać już jest na podejściu. Ruszam w górę. Kijki okazują się zbędne bo większą robotę robi łapanie się pni, gałęzi i korzeni. Pozycja w ruchu nie przypomina biegacza. Bardziej kreta alpinistę ☺ Czuję jak tętno pulsuje mi w uszach a sam sapię jak zawodnik bjj przy dopinaniu mata Leo zanim odklepie poddanie. Na szczęście udaje się wyswobodzić z uchwytu tego cośka i stoję na górze nie czując ani glorii ani chwały za to chwilową ulgę. Ta końcówka biegu od tabliczki informującej o tym, że już tylko prosto i meta do tego miejsca to celowe zniszczenie psychiki biegacza. Ten moment podczas planowania pewnie wywoływał uśmiech na twarzy organizatora na samą myśl o tym jak będziemy się tutaj czuli i nie pomylił się. Wyrównuję tętno. Idziemy dalej. Chcemy skończyć ten pojedynek. Według zegarka powinna być już meta a my w dalszym ciągu drapiemy leśną ścieżkę. Słychać jakieś miejskie dźwięki ale niczego nie widać. To także nie oszczędza psychiki. W końcu pojawia się asfalt. Po chwili kończą się drzewa i wyrasta amfiteatr z rozświetloną bramą mety. Wbiegamy na środek. Po 22 godzinach, 28 minutach, 38 sekundach i 105.9 kilometrami na liczniku zegarka kończy się moja przygoda z Beskidy Ultra Trail. Na moim karku zawisa jeden z cenniejszych medali. Jestem doszczętnie wypruty ze wszystkiego. Co najmniej tak wypruty jak ofiara Rozpruwacza w rynsztoku wiktoriańskiego Londynu.

Na mecie jest Daras z rodzinką. Chwilę gadamy i zwijają się. Ja muszę coś w siebie wrzucić ciepłego choć nie mam nawet mocy by jeść. Aśka rusza z powrotem na szlak po Jakuba, który w każdej chwili może przybiec. Rozmawiam z wolontariuszami. To ta sama ekipa co dodawała nam animusz w Ostrym. Po jakimś czasie na metę wbiega Robert. Jego uśmiech pewnie nie miałby końca gdyby nie ograniczenia w budowie ludzkiego ciała ☺ Rozmawiamy jeszcze przez moment. Pamiątkowe foto żeby trening w mediach społecznościowych był zaliczony i ruszamy w kierunku domu. Dać nam tylko wózek z makulaturą i puszkami i tworzylibyśmy jedność z nocnym życiem najbardziej niebezpiecznych dzielnic. Ot – typowy obraz nędzy i rozpaczy. Na szczęście nasza satysfakcja i rosnące EGO rozpierają nas nie mieszcząc się już w ramach sponiewieranych ciał. Z daleka pewnie mamy aurę superbohaterów widoczną z orbity naszej planety ☺ W domu szybka kąpiel o ruchach niemal sparaliżowanych istot. Na zaśnięcie potrzebowałem całych pięciu sekund. Dziś już wszystko się skończyło. Po pobudce będzie trzeba wrócić do świata żywych i przejść w tryb codziennego kieratu obowiązków jednakże mentalnie dokonał się reset 100%.

Czekamy na Ciebie

Klub Altom © 2019. All rights reserved.