Krzysztof zbierał nas wszystkich od g. 20.00. Miały być mercedesy, ale nie zgadzał się znaczek na grillu. W środku też nie wyglądało to na mercedesa. Podobno grupa A miała wypasiony bus. Grupa C miała gorszego busa od nas, bo nie miał on radia. Nasz miał, choć nikt nie znał kodu. Stwierdziliśmy wspólnie, że mimo braku kodu do radia jakoś damy radę do Warszawy.

Maciej cały czas gadał i było pewne, że nie zaśniemy. Byliśmy przy tym mocno podekscytowani samym biegiem, ale to głównie przez Macieja nikt nie zmrużył oka. Dojechaliśmy w końcu na zmianę z grupą A. Pogoda biegowa, ciemno i zimno. Pierwszą zmianę miał Piotr, Krzysztof i Asia. Szybko założyli flagi i z uśmiechem ruszyli w trasę. Trochę im zazdrościliśmy, że są już na trasie. 20 km zleciało im raz dwa. Biegli na dość ruchliwej trasie, w okolicach kopalni węgla brunatnego w Kleczewie. Ruch był duży, bo kopią tam na potęgę.

W tym czasie busa kierował Maciej, który, jak się okazało, znał kod do radia, ale tylko jakiegoś włoskiego. Kolejna zmiana to Adam, ja i Maciej. Zaczęliśmy od osobliwej stacji paliw w Sompolnie, gdzie lokalna młodzież spotyka się by wspólnie pobiesiadować bez alkoholu. Kamper z naszą WOŚPową ekipą też tam był. Zawsze czekali w miejscu zmian. W gminie Babiak dołączył do nas szef miejscowego WOŚPu z kilkoma osobami i biegł z nami ponad 10 km. Jeszcze bardziej nas zaskoczyło to, że w samym Babiaku czekało ok. 30 osób. Dla przypomnienia była wtedy godzina 1.30. Dobrze, że siatkarki grały tego wieczoru 5 setów, bo kto by tyle na nas czekał.

Na ostatniej zmianie był Andrzej, Przemek i Marcin, więc spodziewaliśmy się, że narzucą tempo. W końcu chcieli jak najszybciej dotrzeć do hotelu. Na trasie złapał ich jeden biegacz z córkami, które podobno nie dawały mu spokoju i koniecznie chciały nas dopingować. Andrzej uwiecznił to zdjęciem i postem na facebooku, który musiał później edytować. Andrzej się zarzekał, że przez 5 lat nie siedział tyle na facebooku co przez ten jeden weekend.

Po zakończeniu zmiany i przekazaniu pałeczki, tzn. flag WOŚPu grupie C, pognaliśmy do hotelu.  Hotel okazał się bardzo przytulny. Każdy marzył o prysznicu i szybkim pójściu spać. No, prawie każdy, bo niektórzy położyli się spać o 7.00 rano. Chwile później, tj. po g. 8.00 było już uszykowane dla nas śniadanko. Drożdżówki smakowały jak po dobrym biegu, była kawka i herbatka. Andrzej z Marcinem i Przemkiem poszli pomorsować, choć woda była do kolan. Podobno gdzieś w głębi stawu woda mogła sięgać do gaci, ale nie chcieli sprawdzać. Na obiad pomidorowa, kurczak z pyrami i wodnity kiszony ogórek. Bardzo smacznie. W międzyczasie dotarła grupa A, która wcześniej zatrzymała się u pani sołtys na sytym śniadaniu. Pożegnali nas mili właściciele, ich psy i koty. Mogliśmy ruszać dalej.

Entuzjazm był jeszcze większy niż w sobotę. Maciej nadal dużo gadał. Dojechaliśmy do Sochaczewa, gdzie mile przyjął nas zamiejscowy oddział WOŚP. Tam też się najedliśmy. W sumie nikt się nie spodziewał, że wszędzie będzie tyle jedzenia. Za rok pewnie weźmiemy tylko wodę. Z Sochaczewa mieliśmy eskortę i żwawym krokiem ruszyliśmy ulicami miasta. Andrzej nadal walczył z facebookiem i prawie upuścił telefon (mamy nagranie). Po kilometrze ktoś zapytał kto prowadzi nasz bus, bo w sumie biegło nas podejrzanie dużo osób. Na szczęście w busie został Adam i go poprowadził. Dalej od Sochaczewa biegł Piotr, Krzysztof i Asia. Te 10 km zrobili umówionym tempem. Było jeszcze ciepło, jasno i przyjemnie. Dołączył do nich jeden biegacz, który biegł dalej naszą zmianę. Adam, ja, Maciej i jego włoskie radio biegliśmy dalej w stronę Błoni. Na stacji benzynowej zmienili nas Andrzej, Przemek i Marcin. Na postoju ci, co nie biegli skosztowali żurku. Wyborny. Najlepszy jaki tego dnia jadłem. Trzecia zmiana miała kiepską trasę bez chodnika, aż my w busie zdziwiliśmy się, że trzeba było tak długo na nich czekać. Na koniec ich zmiany został do Warszawy dystans 25 km.

Dojechaliśmy do jakiejś warszawskiej stacji paliw, każdy się na swój sposób odświeżył i wypił kolejną pyszną kawę. W umówionym miejscu na rondzie Tybetu byliśmy 1,5 h przed sztafetą. Trzeba było czekać. W końcu gdy ostatnia grupa dotarła, zrobiliśmy sobie wspólną fotkę, tzn. zrobił ją jakiś wolontariusz WOŚPu, który ewidentnie był zaskoczony i wzruszony tym, że nas spotkał. Ruszyliśmy do studia TVN – wspólnie 3 grupy i starosta gnieźnieński, który dołączył do nas w Warszawie. W studio byliśmy ok. 22.00 czyli planowo – jak w szwajcarskim zegarku. W środku było gorąco, nie tylko przez ogrzewanie, ale i panującą tam atmosferę. Udzielało się wszystkim. Samo studio, szybkość prowadzenia programu i jego otoczka zrobiły na nas ogromne wrażenie. Cieszyliśmy się jak dzieciaki, że możemy w tym uczestniczyć, być w sercu tego WOŚPowego serduszka. W naszej biegowej zrzutce było ponad 10 tysięcy złotych. Weszliśmy na antenę o 23.17, czyli o tej godzinie, o której mieliśmy wejść. Szok. Żeby każdy był tak punktualny, jak Jurek Owsiak. Skakaliśmy, krzyczeliśmy i cieszyliśmy się z tego, że tam jesteśmy tak głośno, że nikt nie usłyszał, jak Heniu mówiąc o kwocie zebranej przez Gniezno jorgnął się o jedno zero. I nie to po przecinku. Audycja to była chwila, ale nikt z nas jej nie zapomni. Pożegnaliśmy się, wyszliśmy ze studia i zamówiliśmy ubera, żeby dojechać do ronda Tybetu. No nie… Oczywiście, że nie. Pobiegliśmy. Z ronda Tybetu ruszyliśmy busem po północy. Po drodze był pitstop w MacDonalds. Nikt nie miał odwagi zamówić żarcia, w końcu sami sportowcy, ale jak jeden wziął zestaw, to okazało się, że wszyscy głodni. W domu byliśmy szybko, bo Krzysztof sprawnie nas dowiózł.

Była to świetna, niezapomniana przygoda, duże wyzwanie organizacyjne, rewelacyjna forma promocji miasta Gniezna i oczywiście niekonwencjonalny sposób udziału w Wielkiej Orkiestrze Świątecznej Pomocy. Grzechem byłoby tego nie kontynuować. Myślę, że za rok widzimy się w kolejnej odsłonie sztafety.

Tomasz Dzionek

Czekamy na Ciebie

Klub Altom © 2020. All rights reserved.