W tym roku odbył się 20-ty, jubileuszowy Poznań Maraton. Swego czasu była to najbardziej bogata w frekwencję uczestników impreza w naszym kraju. Dla nas, mieszkańców Wielkopolski to w dalszym ciągu najważniejszy maraton w roku bo w końcu to królewski dystans na własnym podwórku.

Dla mnie był to 8-my start w Poznaniu. Tutaj debiutowałem w maratonie i tutaj wracam od czasu do czasu. Jaki miałem plan na ten start? Zajechany sezonem nie łudziłem się na rekord i nie bałem się, że go nie ukończę. Nie było też innej opcji jak dokulać trójkę z przodu. Postanowiłem ruszyć w tempie 4:50-5:00 i zobaczyć do, którego momentu będę w stanie to utrzymać. Brak wybiegań w tempie i startu na dystansach powyżej 100km zostawiły w nogach i całym ciele swoje ślady. Na miejsce dotarłem dwadzieścia minut przed startem a na linii ustawiłem się dokładnie 4 minuty przed wystrzałem startera. Jak zawsze w pierwszej lini ☺ Widziałem jak klubowi koledzy wraz z Andrzejem Krzyścinem robią sobie zdjęcia dodając animuszu przed atakiem na łamanie trójki. Nic dziwnego w końcu Andrzej wygrywał tutaj w pierwszych edycjach.

Tymczasem pada strzał i powoli ruszamy. Jest tłum i ja płynę wraz z nim. Spoglądam na zegarek i myślę o tym by trochę uspokoić ten bieg. Ciężko to przychodzi i pierwszą piątkę robię ze średnim tempem 4:52. Jest luz. Nie biorę wody na pierwszym „wodopoju”. W dalszym ciągu średnio mi wychodzi to hamowanie i druga piątką kończy się po 4:56. Trasa prowadzi często w dół co jeszcze bardziej zachęca do szybszego biegania. Efekt jest taki, że notuję najszybszy odcinek i trzecia piątka zamyka się ze średnim tempem 4:47min/km. To sporo poniżej i tak odważnych założeń. Podnosi się temperatura i sól wybija na skroniach. Po drodze przybijam piątkę z „Dziką Kuną”. Prawdziwa piątka od rasowego Challengera a nie jakiegoś podrabiańca. Wypada napierać dalej. Zatem cisnę i na dwudziestym kilometrze patrzę na zegarek – średnie tempo 4:52. Sam siebie się pytam kiedy nastąpi strzał i nie zwalniam. Nie biegłem w Poznaniu już kilka sezonów i trasa jest dla mnie całkowicie jak nowa. To pozwala nie myśleć aż tyle o samym biegu. Temperatura znowu podnosi się o kilka stopni. Kiedy biegniesz optymalnie to każdy stopień ma znaczenie. Zaczyna się podbiega na Warszawską i potem z ulgą kręcimy na Maltę. Punkt z wodą, trochę płaskiego i z górki na odetchnięcie. Wpadamy tłumem na ścieżkę wokół akwenu. Czuję, że robi się ciężko. Pulsometr wskazuje przekroczenie bariery 160 uderzeń zatem rozpoczęła się jazda w jednym kierunku. Na 25-tym kilometrze mam jeszcze średnie tempo ostatniej piątki 4:51min/km ale już wiem, że nie utrzymam tego. W dodatku z Malty trzeba wybiec na Baraniaka. Myślę sobie dla potwierdzenie, że o wiele łatwiej ukończyć setkę na zaliczenie niż zrobić maraton na wynik. Tutaj każda sekunda, każdy kąt nachylenia terenu i każdy stopień Celsjusza mają ogromne znaczenie. Zaczyna się podbieg a ja mogę tylko zwolnić. Klasyczna kara za zbyt szybki początek. Idę kilkanaście kroków i zbieram się dalej. Kolejne pięć kilometrów robię ze średnim tempem 5:05. Do mety jeszcze 12km ale już nie cisnę. Do 33-go kilometra jeszcze coś tam staram się wytrzymać w tempie i dobijam do momentu, że to już mój punkt graniczny. Tyle wycisnąłem w tempie startowym bez maratońskich przygotowań. Jestem zadowolony ale tylko połowicznie bo jeszcze trzeba dokuśtykać do mety ☺ Po drodze mijam jeszcze Piotra Oleszaka grzebiącego na poboczu w aparacie. Potem na podbiegu wyprzedza mnie jeszcze Robert z pracy. Ja lecę sobie po swojemu jak na ultra czyli w układzie krótkich celów: do lampy, do drzewa, do punktu z wodą, do kibiców, do zakrętu i tak dalej. Ostatnie 3km to już walka ze Skórczami. Ostatecznie wpadam na metę jako 1366 zawodnik z wynikiem 3:39:49

Przed startem, na trasie i po biegu spotkałem całą masę znajomych. Zarówno tych z życia codziennego, tych widywanych nieco rzadziej i tych z „internetów”. Dużo pozytywnej energii, cała masa życiówek i prawdziwy ocean emocji.

Gratulacje dla Wszystkich bez względu na wynik.

Czekamy na Ciebie

Klub Altom © 2019. All rights reserved.