W tym roku pomysłem na spędzenie majówki był start w debiutującej imprezie – 100 miles of Beskid Wyspowy. W gronie przyjaciół pojechaliśmy do Mszany Dolnej by trzeciego maja o godzinie 6:00 stanąć na linii startu w Zalesiu i wraz z pięćdziesięcioma śmiałkami rozpocząć odliczanie.

Ruszyliśmy spokojnie z Kubą tocząc się po nieśmiałych pagórkach. Kiedy jesteś świadom ile drogi i przewyższenia jest przed Tobą początek biegu po prostu musi być leniwy. Do pierwszych mocniejszych podejść lecimy razem jednakże Kuba planuje dotrzeć na metę w limicie. Ponieważ jest to dla mnie trochę za wolno na pierwszym zbiegu lecę po swojemu w dół dobijając do Aśki. Początkowe tempo nam odpowiada więc razem zbiegamy i podchodzimy  docierając na Modyń (1028m n.p.m.) czyli pierwszą „wyspę” na stumilowej trasie. Jak się gdzieś wejdzie to trzeba zejść. Czyli zbiec. A zbieganie jest po prostu super. Zatem lecimy w dół by na samym końcu szlaku dogonić Darka. U Darka jaki zawsze uśmiech od ucha do ucha i w dobrych nastrojach z dowcipami na ustach kulamy się w rejon nieprzepasanych sadów owocowych. Szlak pod stopami zastąpiły szutry, betonowe płyty i asfalt a za tło robią wszystkie okalające nas dookoła szczyty. Jest po prostu bajecznie. Na jednym z wzniesień dogania nas Janek Pobłocki a ja dostaję sms-a od Daniela, że powinienem  Go w końcu dogonić. Daniel z Maciejem od samego startu ruszyli z kopyta w pierwszej piątce i tyle ich widzieliśmy. Ten sms dał mi bakcyla do tego by pognać na pierwszym zbiegu po prostu bez hamulca i tak też zrobiłem dobijając do Góry Zyndrama gdzie znajdował się pierwszy punkt odżywczy. Na agrafce minęliśmy się z Danielem dlatego na PK tylko dolałem izo do bidonu i ruszyłem dalej by nie notować straty czasowej w pogoni.

Na trasie wciąż było betonowo-sadowo i na jednym z podbiegów dotarłem do Daniela. Morale wzrosły i Gnieźnieńscy Ultra Bliźniacy byli znowu razem ☺ Zatem ciśniemy już jako zespół sprawdzony w boju. Stalowe chmury straszące od rana postanowiły zweryfikować prognozy pogody i na początku lekka mżawka a potem już regularny deszcz zaczął lać się z nieba. Temperatura spadła a z lasów pokrywających stoki zaczęły wypełzać opary przypominające mgliste chmury. Trzeba było założyć kurtki przeciwdeszczowe by nie tracić ciepła. Zbiegliśmy ostatecznie do Łukowicy gdzie mieścił się punkt. Dla nas był to idealnie dystans maratonu a czas na zegarku wskazywał 5 godzin i 49 minut. Na punkcie „tankowanie”, wrzucam na ruszt kilka kabanosów i żółty ser. Do plecaka dorzucam trochę porcjowanego miodu. Daniel zmienia jeszcze buty a ja by nie wychłodzić się opuszczam punkt niosąc gorącą herbatę. Maszeruję powoli by dać Danielowi możliwość dogonienia mnie bez zbytniego forsowania się. Deszcz nie ustaje. Idę chwilę z Anglikiem, który na mecie okazuje się Czechem ☺ – U know how long raining today? – All Day. And Night… – Uuuuu. I tyle pogadaliśmy. Poczekałem za „Bliźniakiem” i ruszyliśmy mocno na szlak. Deszcz w górach powoduje, że już po kilku minutach podłoże zamienia się w błoto. Wspierając się na trekkingowych kijkach ruszamy pod górę. Błoto zasysa i skutecznie dba o to by wydatek kaloryczny był większy niż powinien. W końcu wbijamy na Pępówkę (777m n.p.m.) i zaczynamy jechać w dół. Pod stopami błota tyle, że nawet słynna Łemkowyna mogłaby zazdrościć. Lecimy po kamieniach, glinie i kałużach po czym znowu „dzidujemy” w górę. Docieramy na Łyżkę (807m n.p.m.) i robimy małe przemeblowanie w plecakach. Wciąż spowici chmurą oraz wilgocią napieramy w dół. Na jednym z łuków zbiegu Daniel zaliczył niezłą glebę. Gdyby nie te wszędobylskie kamienie pewnie szarża w dół zamieniłaby się coś na wzór toru bobslejowego. Jak przystało na prawdziwego partnera biegowego wyśmiałem się do syta i ruszyliśmy dalej w dół ☺ Upadek bezbolesny jedynie co mógł wywołać to skazę na honorze na szczęście rozumiemy się bardzo dobrze i szukamy miejsca oraz okazji do tego by doprowadzić się do ładu. Po dotarciu na odcinek asfaltowy zatrzymaliśmy się na chwilę przy rowie pełnym już wody gdzie można było w końcu oczyścić się trochę z tego błota.

Tupiąc powoli dobiegliśmy do długiego, szutrowego zbiegu gdzie po niemal 3 kilometrach pędzenia w dół dotarliśmy do Siekierczyna gdzie czekał na nas kolejny PK. Trochę jedzenia w plecak, gorąca herbata w kubek i lecimy dalej. Nie ma sensu stać w miejscu bo jedyne czego możemy się doczekać to wychłodzenia. Na zegarkach mija godzina 14:15 a my maszerujemy dziarsko dalej. W końcu przestaje siąpić więc kurtki lądują na plecaku a my nabieramy ciepła zmierzając w górę by stanąć na wierzchołku, kolejnej, beskidzkiej wyspy. Tym razem jest to Jeżowa Woda (895m n.p.m.) i dalej rollercoasterem na Ostrą (925m n.p.m.). Nieodłącznym elementem każdego szczytu jest droga w dół i z Ostrej była faktycznie ostra. Co jakiś czas jeżeli pozwalało na to miejsce zatrzymywaliśmy się by sfilmować sobie fragment zbiegu w nadziei na upadek ponieważ stok aż prosił się o glebę ☺ Udało się dotrzeć na dół bezkolizyjnie co było naprawdę nie lada sztuką w tym błocie. Minęliśmy przełęcz i zaczęła się ostatnia wspinaczka przed przepakiem.  Wiatr znowu przyniósł nam deszcz i w kolejnych oparach chmur dobiliśmy na Cichoń (926m n.p.m.). Zbieg z tego wierzchołka odbywał się w asyście silnego wiatru, mgły i deszczu. Widoczność mocno spadła za to jeszcze bardziej skrupułów pozbyło się błoto wypełzające zewsząd. I tak w końcu musiało trafić na mnie. Na rozmokłej łące w pięknym piruecie runąłem na plecy robiąc doskonały ślizg pokrywając gęstą mazią swoje tyły od ud zaczynając a na górze plecaka kończąc. Rzecz jasna dla Daniela był to powód do nieskrępowanej salwy śmiechu co skwitowałem tylko „Karma wróciła” ☺ Dowcipkując o upadku ruszyliśmy dalej by o godzinie 16:30 dotrzeć na punkt w Zalesiu.

Na liczniku 68 kilometrów a do mety niewiele mnij niż „stówka”. Mokre koszulki lądują w przepaku i komfort poprawiamy suchym rashem oraz t-shirtem. Zostaję w krótkich spodenkach ponieważ długie planowałem zmienić na PK2 gdzie był „dziki” przepak jednak było mi na tyle ok., że nie zmieniłem. Teraz zaczęła się reakcja łańcuchowa następstw logistycznych. Całe szczęście, że w klubie obowiązuje zasada „do -2 stopni na krótko” i niskie temperatury nie były mi obce. Ładujemy gorącą zupę i stertę kanapek z żółtym serem. Wywalamy z plecaków śmieci i pakujemy kolejne żele, batony oraz napoje. Agnieszka częstuje regionalną śliwowicą ale mimo tego, że pewnie trunek konkretnie by rozgrzał obiecujemy wypić dopiero na mecie. Żegnamy się z wszystkimi i w salwie oklasków opuszczamy ciepły i przytulny PK. Idąc spokojnie sms-ujemy jeszcze z Jakubem by sprawdzić co u Niego i kiedy stopy oraz obręcz biodrowa znowu przyzwyczajają się do ruchu zaczynamy truchtać. Ten odcinek nie jest specjalnie wymagający i przeważają zbiegi dlatego bez większych przygód i problemów dobijamy na PK w Łopieniu. Temperatura spadła a słońce myśli tylko o tym by zajść za horyzont i nas pożegnać. PK to niestety nieosłonięty namiot i nie złapiemy tutaj ciepła. Daniel zarzuca na siebie wszystkie ciuchy jakie miał i z gorącą herbatą w dłoniach ruszamy znowu na szlak. Mamy 13km do przepaku w Jurkowie. Powoli wszystko spowija mrok. Wyciągamy czołówki. Przez ten długi odcinek prowadzi nas tylko track ponieważ oznaczeń jest jak na lekarstwo. Temperatura znowu obniża swoje loty. Krążąc po okalających Jurków wzniesieniach nabijamy kilometry by ostatecznie poczuć pod stopami asfalt i wkulać się na punkt. Mamy godzinę 22:30 a w nogach 95 kilometrów.

 

Wchodzimy do ciepłego pomieszczenia. W środku kipa GOPRowców, wolontariuszki i ekipa od pomiaru. Jest wesoło. Kilka żartów na przemian z poważnymi pytaniami obsługi. Po czym rzucamy się w wir logistyczny. Plan jest prosty. Mokre ciuchy do worka a suche na siebie. Gorący posiłek i kawa. Zupa smakuje jak nektar i to w dodatku nie jest coś słodkiego a po tych wszystkich żelach i batonach to co nie jest cukrem w przetworzonej postaci jest na wagę złota robiąc porządek w żołądku. Dorzucam jeszcze kilka kabanosów. Zrzucam mokre skarpetki i smaruję stopy kremem. Zakładam jedyną suchą parę jaką uszykowałem na ten punkt. Szybkie przemeblowanie w plecaku. Nogi na krzesło i 10 minut próby zdrzemnięcia się. Śpię może ze 2 minuty. Prosimy o jeszcze jedną kawę. Pytamy o Macieja. Ekipa od pomiaru mówi, że czekał za kumplem, nudził się, wziął prysznic przebrał się i poleciał dalej. Niezły żartowniś (jak się potem okazało wcale nie kłamał). Szybka konwersacja sms z Jakubem. Okazuje się, że jest kilka kilometrów za nami z resztą naszej bandy i po dotarciu na PK mają zamiar zrobić co najmniej godzinny Rest. My tymczasem zbieramy się do wyjścia. Wiemy, że będzie zimno dlatego zakładamy wszystko co mamy ze sobą. Nie sądziłem, że w maju będę się cieszył z tego, że wziąłem ze sobą rękawiczki.

Wolontariusze odprowadzają nas za most i słusznie. W pewnym momencie moglibyśmy chcieć wcześniej skręcić sugerując się taśmami na ogrodzeniu. Na szczęście my idziemy dobrze. Szybko opuszczamy Jurków i zaczynamy kolejne podejście. Noc zapada na dobre. Latarki wskazują drogę. Napieramy dość intensywnie by rozgrzać ciało a rozgrzane ciało ciuchy pod kurtką. Dobijamy na Ćwilin (1072m n.p.m.) W końcu mgła wygrywa z nami i kilkakrotnie zbaczamy z trasy. Całości dopełniają połamane i porozrzucane po terenie drzewa. Na liczniku pęka 100km. To zawsze wyczekiwana chwila. Psychologicznie wydaje się już lżej bo w końcu meta „niedaleko”. Jesteśmy na trasie od 18 godzin i 13 minut. Zapowiada się, że pobędziemy na niej jeszcze trochę. Po drodze w lesistym wąwozie zatrzymujemy się by Daniel mógł ogarnąć jakiś dyskomfort w bucie. Na stopach w tych warunkach wiadomo – kalafiory jak po moczeniu się przez dobę w wannie. Czuć już jakieś miejsca potencjalnych pęcherzy. Po kilku minutach napieramy znowu dalej. Wchodzimy na Czarny Dział (673m n.p.m.). Noc jest czarna i nazwa tego szczytu pasuje idealnie do warunków jakie panują.  Potem już nieustępliwie w dół i w dół wprost do Mszany Dolnej. Spowici nocą przechodzimy niedaleko domku, który wynajęliśmy na wyjazd. Myśli wędrują do ciepłego schronienia a tutaj jeszcze tyle godzin napierania zanim dotrzemy do mety. Chwilę kręcimy się szukając oznaczeń kierujących nas na wylot z miasteczka i z pomocą przychodzi ponownie niezawodny track. Łapiemy ślad i napieramy łąkami w kierunku Ogorzałej (806m n.p.m.). Po drodze lekkie zwątpienie ponieważ oznaczenia trasy prowadzą prosto przez pole ogrodzone „elektrycznym pastuchem” a na tym polu oprócz nieruchomego bydła tylko czeka trójka czworonogich, nocnych stróżów. Postanawiamy nadłożyć drogi i szukać połączenia z trackiem poza liniami ogrodzenia. Lekko na azymut dobijamy do trasy i wspinamy się ostro na Ostrą (780m n.p.m.) Wydaje nam się, że Ostra już była i faktycznie. Na szczęście jak się okazuje na trasie są dwie Ostre. I dobrze bo przez chwilę w tym umęczonym stanie zaczynałem się mocno zastanawiać o co chodzi z tą mapą zawodów ☺ Brniemy dalej mijając powalony drzewostan obniżając swój pułap. Stopy już nieźle zmielone odczuwają trudy walki. Wcześniejsze kalafiory wysychają zadając ból podczas obkurczania się skóry a w oczach wyobraźni widzimy już broczące osoczem pęcherze uniemożliwiające marsz. Nic już tego nie złagodzi i jedyne co można zrobić to po prostu w myśl motta legii cudzoziemskiej „Maszeruj albo giń” iść przed siebie. Tak też robimy bo i tak innego wyboru nie mamy.

Przemieszczamy się granią o czym świadczą mocniejsze podmuchy wiatru. Niebo zaczyna zmieniać swoje barwy co oznacza nadciągający świt. W biegach ultra czeka się na świt jak na zbawienie. Moment, w którym promienie słońca zaczynają ogrzewać skórę po czarnej nocy jest po prostu niesamowity. Na nowo wraca wtedy chęć do walki i do życia w ogóle. My jeszcze trochę za nim poczekamy maszerując mozolnie. Poranne zimno przybiera na sile a leżące na ziemi kawałki gałęzi mienią się marznącymi kroplami rosy. Jest naprawdę zimno. Na szczęście robi się jaśniej a my zaczynamy kolejne podejście. Noc ustępuje porankowi z każdym naszym krokiem w górę. Zbliżamy się do wysokości 1000m n.p.m. i za nami z morza mgieł wyłaniają się wyspy. Ten zapierający dech w piersiach widok to kwintesencja nazwy Beskid Wyspowy. Po prostu pięknie. Takie chwile pozwalają zapomnieć o tym jak wyglądają stopy. Robimy sobie kilkanaście zdjęć i ruszamy dalej by wejść w końcu na Jasień (1062m n.p.m.) Rozglądając się po panoramie zza szczytów Beskidu wyłaniają się oświetlone słońcem, pokryte czapą śniegu szczyty Tatr. Poprzedni widok zmiażdżył obecny widok naszych, rodzimych gór wysokich. Trwamy tutaj kilka dobrych minut nie mogąc oderwać oczu. Nie możemy stać tutaj w nieskończoność i ruszamy dalej. Po chwili stajemy na Kutrzycy (1051m n.p.m.). Z tego miejsca widok Tatr poraża jeszcze bardziej. Śnieg wspaniale odbija promienie wznoszącego się słońca. W poszukiwaniu ciepła ruszamy w dół. W przerwach między drzewami przeciskamy się przez polany blasku racząc się naturalnym ogrzewaniem. W drodze, w dół wybija 126 kilometr a to znaczy, że za nami już 3 maratony. Jeszcze tylko jeden maraton i po robocie ☺

Zbiegamy do Półrzeczek. Jesteśmy niedaleko Jurkowa a jeszcze musimy pokrążyć po okolicy wiedzieni za nos oznaczeniami trasy. Słońce zaświeciło już na dobre i możemy zdjąć kurtki. Po drodze zdobywamy jeszcze jedną wyspę – Kiczorkę (813m n.p.m.) i kulając się po stoku napieramy w końcu do Jurkowa. Tym razem już za dnia. Miasteczko nie przypomina tego opuszczanego przez nas pośrodku nocy. Stanowimy niezły kontrast do życia, które się tutaj toczy. Ludzie w garniturach podążający do kościółka i my – oblepieni błotem, przetargani przez szlak wyglądem przypominający zapuszczonych kloszardów człapiący niczym zombie. O godzinie 10:30 meldujemy się na punkcie. Na zegarkach dystans 140 kilometrów. Wpadamy do pomieszczenia. Witamy się z uszczuploną już ekipą. Prosimy o gorący posiłek. Został już tylko ryż z jabłkami. Mimo, że po drodze napawaliśmy się myślą o gorącej zupie ten ryż to i tak prawdziwa delicja. Zrzucamy kolejne mokre ciuchy i zakładamy ostatnie, suche koszulki. Międzyczasie ciepły posiłek dociera do żołądka rozgaszczając się w nim jak w wygodnym fotelu. Na stopach ląduje dawka sudocremu. Ostatnia porcja dająca nadzieję na sensowne podążanie do mety. Dojadamy to co jeszcze zostało na punkcie i zalewamy to wszystko gorącą herbatą. Przemeblowanie w plecakach. Zostawiamy wszystko co zbędne by nie taszczyć nadprogramowego bagażu. Daniel znowu zarzuca w telefonie 10-cio minutową drzemkę i próbujemy choć na chwilę odpłynąć.

Wychodzimy z PK. Wolontariusze ponownie odprowadzają nas do prawidłowej ścieżki. Żegnamy się i ruszamy szlakiem w kierunku Mogielicy. Stopy są w takim stanie, że podchodzenie jest komfortowe w przeciwieństwie do odczuć związanych z dociskaniem stóp doi podeszwy na zbiegu. Być może dlatego podejście na najwyższy szczyt Beskidu Wyspowego nie pozamiatał nas choć usłany był całym dobrodziejstwem regionu. Mocne nachylenie stoku, ostre kamienie, przewalone drzewa, walające się gałęzie czyli wszystko czego można spodziewać się na trailu. Po niemal 30-tu godzinach od rozpoczęcia zawodów odbijamy się w skrzynce na Mogielicy (1171m n.p.m.) dopisując sobie małą cegiełkę do kolekcji Korony Gór Polski. Wchodzimy jeszcze na wieżę widokową i ruszamy w dół. Stopy dosłownie palą się przy nacisku jakie na zbiegu wywołuje ciężar ciała w połączeniu z przyciąganiem ziemskim. Trzeba zaciskać żeby i lecieć po stoku. W końcu bieg w dół jest „za darmo”. Nic tylko wyłączyć hamulec a ciało samo się toczy. Dyskomfort rekompensuje nam seria zdjęć Magdy Sedlakowej, która czaiła się w tym miejscu. Będziemy mieć niezłą pamiątkę z tej imprezy. Jeśli przeżyjemy ☺

 

Pokonanie ostatnich kilkunastu kilometrów zajęło nam 4 godziny. Odcinek ten zaskoczył nas jeszcze terenem. Były więc potoki i strumienie, które trzeba było przejść. Specjalnie zatrzymywaliśmy się w lodowatej, wartkiej wodzie by dać ulgę stopom. Zmagaliśmy się także z pozostałościami po wiatrołomach gdzie każdy krok to było szukanie stabilnego podłoża. Był asfalt, rozmokłe łąki, pastwiska i tradycyjne kamienie. Po drodze trafił się także kilkuminutowy przerywnik w postaci drzemki na ziemi. Ostatnie 4 kilometry to była prawdziwa wirtuozeria w poszukiwaniu szlaku oraz jego oznaczeń. Dołączył do nas znowu Janek Pobłoci oraz domniemany Anglik. Wspólnie wspomagając się rozmowami z mieszkańcami okolicy oraz śladami gpx w zegarkach wróciliśmy na trasę myląc ją jeszcze kilka razy. Tak więc sam finisz nie pozwolił nam się nudzić i w lekkim podenerwowaniu mieszającym się z euforią zbliżającej się mety dotarliśmy do PK w Zalesiu kończąc pierwszą edycję 100 Miles Of Beskid Wyspowy z wynikiem 33 godzin i 44 minut.

Za metą czekał Maciej, który pognał najszybciej z całej naszej ekipy wyjazdowej robiąc sobie niezły prezent urodzinowy. W punkcie dostaliśmy upragnioną, gorącą zupę oraz obiecany przez Agnieszkę Faron trunek, który znieczulał układ nerwowy. Nie ma to jednak jak miejscowy folklor kulinarny ☺ Rozmawiamy jeszcze w punkcie ze wszystkimi ciesząc się z faktu, że kończymy kolejne mocne zawody jednak z minuty na minutę zmęczenie zaczyna wygrywać z nami.

Łączymy się z resztą ekipy. Opuścili ostatni punkt i zmierzają na Mogielicę. Zanim dotrą do mety potrwa to jeszcze trochę. Tym samym w trakcie rozmowy decydujemy się na powrót do Mszany. Daniel ponieważ nie degustował lokalnych trunków zostaje formalnym kierowcą auta. Dobijamy do lokum wypruci doszczętnie ze wszystkiego. Po kąpielach i ocenach strat dostajemy info od bandy – wszyscy na mecie a to oznacza, że wszyscy jesteśmy finiszerami tego, wymagającego biegu.

Czekamy na Ciebie

Klub Altom © 2020. All rights reserved.